niedziela, 18 września 2011

Jak za Gierka - archiwalny


Odżywa przyjaźń polsko-francuska, czego dowodem niedawna wizyta prezydenta wszystkich Francuzów w Polsce. Sarko zapowiedział zbliżenie między naszymi narodami, co powinno zwłaszcza ucieszyć chłopaków, bo przecież nowa prezydencka żona to nikt inny jak reklamująca Lancię Musę Carla Bruni.

Ale do rzeczy, bo francuska prezydentowa nie towarzyszyła mężowi w wycieczce nad Wisłę. Zapowiedzi francuskiego „numero uno” przypomniały mi wcześniejsze czasy, w których zbliżenie nastąpiło i po Warszawie przemykały autobusy „Berliet” z automatyczną skrzynią biegów sterowaną malutkim joystickiem. Ówczesny polski wódz – Edward Gierek – obdarzył nas, oprócz „berlietów”, efektami transportowych przemyśleń „trójkolorowych”: autostradami. Konkretnie drogą z Janek do Katowic. Nieogrodzoną. Do dziś na kilometr przed zajazdem Polichno, jadąc od strony Katowic, mijamy tablicę upamiętniającą budowę owej magistrali jako czynu żołnierskiego. To świadczy o kompletnym niezrozumieniu przez Warszawę przekazu znad Sekwany. Podobnie jak „berliety” nie dały rady tłokom ludzkim na pokładzie i dziurom pod nim, tak nie wolno było do konstruowania dróg zaganiać żołnierzy, bo od tego są drogowcy.


Los upchnął mnie niedawno w samochodzie jadącym krajową „siódemką” razem z wujkami. Oboje to drogowcy, i z tego powodu podróż okazała się wielce pouczająca. Wujek pochodzi z polskiej rodziny górników z francuskiego Lille i przeto włada tamtejszą mową jak własną. Jako drogowiec, w latach 70. bywał, z powodu komunikatywności, wysyłany na sympozja do Francji gdzie mówiło się o konieczności budowania szlaków autostradowych, wytyczaniu stref dla tych dróg i tempie wdrażania drogowych planów. Wujek skrzętnie notował tę wiedzę a następnie przekazywał w Warszawie, gdzie zapewne wzruszano ramionami, pukano się w czoło i polewano kolejną rundkę bułgarskiego koniaczku przy biurku prezesa w zjednoczeniu.

Jadąc siódemką w stronę Radomia podziwialiśmy rozmach budowlanego rozgardiaszu. Nie sposób było przeoczyć faktu, że większość domów stoi teraz dosłownie na granicy pasa awaryjnego przyszłej autostrady. Drogi muszą powstać i często lepiej żeby asfalt położono w miejscu do niedawna okupowanym przez salon w domu postawionym przy dawnej drodze, ale efekty braku planowania z lat 70. i późniejszych dają o sobie dotkliwie znać. Dla mieszkańców takich domów nowe drogi oznaczają prawdziwe tragedie. Podobnie zresztą można powiedzieć o działkowcach, którym teraz w Warszawie zabrano ziemię pod obwodnicę.

Wujek, którego doświadczenia w budowaniu dróg otarły się nawet o Afrykę, gdzie kładł zaprzyjaźnionemu Kadafiemu autostrady na pustyni, przypomniał na koniec o jeszcze jednym aspekcie drogownictwa – utrzymaniu dróg. Piękne libijskie autostrady po paru latach rozpadły się, bo nikt o nie nie dbał. Z przykrością muszę wam donieść, że według mojego wujka, to samo grozi nam. Służby drogowe zostały całkowicie rozczłonkowane, sprzęt puszczony za grosze na przetargach w ręce prywatne lub na złom. Na odśnieżanie gmina dogaduje się z panem Józkiem, który kupił starą Skodę piaskarkę.

Jeśli zatem zaprzepaściliśmy słowa Francuzów z lat 70. to może chociaż teraz popiszemy się dalekowzrocznością i wraz z budową dróg odbudujemy infrastrukturę opieki nad nimi. Może i u nas pojawią się samochody takie jak w Niemczech, gdzie napis „Autobahn Meisterei” oznacza „utrzymanie drogi” i daje pędzącym po asfalcie kierowcom pewność tego, że za chwilę nie wpadną w dziurę lub nie złapie ich czarny lód.

Okazuje się, że słuchanie rad to jedno, przekładanie ich na swoje realia to drugie, a wdrażanie planów to jeszcze dziesiąte. To nie sztuka zatrudnić francuskiego kucharza żeby przygotował francuskiemu prezydentowi francuskie śniadanie. Niczym go to nie zaskoczy, nie dowie się niczego nowego ponad to, że gospodarze bezmyślnie małpują. Prawdziwy art to poprosić o pomoc Kuronia, podstawić Sarko pod nos jajecznicę na boczku i ze szczypiorkiem i czekać aż mu kopara opadnie z wrażenia. Wtedy uprzejmie podsunąć do wyboru bagietkę i kajzerkę, a wiadomo, że następnym razem wróci do Warszawy z boską Carlą. Przykładów mamy bowiem mnóstwo i od nas samych zależy jak bardzo będziemy chcieli z nich skorzystać. Bo że warto, chyba nikogo nie trzeba przekonywać.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz