niedziela, 18 września 2011

Nuuda


Czegoś w sobie nie rozumiem. Kupuję samochód i najpierw doprowadzam go do technicznej perfekcji by następnie okrasić kilkoma fabrycznymi akcesoriami. Powstaje totalny oryginał, którym normalny człowiek powinien następnie cieszyć się latami. Tymczasem dla mnie zabawa na tym się kończy, auto sprzedaję i rozpoczynam poszukiwania następnego projektu.

Kilkakrotnie próbowałem się uleczyć z nałogu. Kupowałem coś racjonalnego, nudnego, ale z gatunku tych, co to zawsze zapali i wszędzie (raczej) dojedzie. Raz posiadłem w tym celu starą Toyotę Carinę II. Jeśli wydaje się wam, że nic przy niej nie można zrobić to powiem wam, że otrzymała pełną blacharkę, lakier, szyberdach, dedykowany austriacki podłokietnik zapomnianej dziś firmy Foha (mam jeszcze fabrycznie nowy spojler tej samej marki pod przedni zderzak kanciastej Cariny II, gdyby ktoś chciał – oddam free), dobre audio i śliczne czternastki od BMW „trójki”. Na allegro dokupiłem też oryginalną nową gałkę zmiany biegów do tego modelu Toyoty a w miejsce wytartej kierownicy poszedł nowy wolant Momo. Zabiegi zwieńczył komplet dalekosiężnych świateł na przednim zderzaku i roleta do bagażnika (to było kombi) znaleziona na szrocie. Oczywiście pod kolor tapicerki – niebieska.

Z roletami to zresztą śmieszna historia. Miałem kiedyś Volvo 240 kombi. I właśnie brakowało w nim rolety. Sęk w tym, że tapicerka Volvo była beżowa więc i roleta powinna podchodzić pod kolor. W Polsce były problemy z zamówieniem takowej – podobno już nie było ich w magazynach. Te z odzysku były podarte i bez specjalnych haczyków, no nie takie. Akurat byłem przejazdem w USA i wstąpiłem do serwisu Volvo w Kalifornii. Z bomby napadłem pana w częściach i zapytałem go o roletę. Sprawdził w komputerze i voila – okazało się, że dwie takie leżą w magazynie w San Diego. Trzy dni później odebrałem roletkę, z którą tydzień później gramoliłem się do samolotu do Polski. Dopiero w Warszawie na lotnisku przypomniałem sobie o cle, że trzeba jakiś rachunek mieć i w ogóle. Postanowiłem uniknąć kontaktu z Urzędem Celnym i przemknąć niezauważenie do wyjścia. Ale nie było to łatwe zważywszy, że roleta tkwiła w ponad metrowej długości kartonie z dumnym napisem Volvo Accessories i w zasadzie stanowiła połowę mojego bagażu.

Nie pękałem na robocie, ustawiłem ją pionowo na wózku i ruszyłem do drzwi wyjścia. Oczywiście kinetyka ruchu wózka sprawiła, że roleta z hukiem wypadła z wózka wprost pod nogi pani Celniczki. Nie wiem co mnie uchroniło przed przesłuchaniem, ale myślę, że wiele do rzeczy miał uśmiech entuzjasty.

Z podobnym uśmiechem rzuciłem kiedyś na lotniskowy taśmociąg używaną wyścigową oponę z Ferrari, którą wybłagałem z boksu na torze. Tam ludzie znają się doskonale na rzeczy i pan z kontuarku rzucił się by na niej przykleić jeszcze naklejkę „Fragile”, znaczy, że mają się z nią ostrożnie obchodzić.

Nie wiem, czy wy to również zauważyliście, ale człowiek z pasją jest dla innych bardziej przyciągający niż nudziarz z kalkulatorem. Radości życia nie da się bowiem przeliczyć na zużyte mikrolity benzyny i kilogramy dwutlenku węgla. Dlatego warto mieć pasję nawet jeśli to oznacza, że kupimy drożej i sprzedamy taniej. Nie o handel tu idzie a o fakt, że do właściciela każdego z moich ex-samochodów mogę podejść z uśmiechem i spytać jak się auto miewa. To wielka frajda.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz