niedziela, 12 lutego 2012

Jakość, nie jakoś...


Nie żyje Whitney Houston, mistrzyni pięknego głosu i operowania nim tak, żeby ciarki przechodziły po plecach słuchaczy. Mówią o uzależnieniu, o przegranej walce z nałogiem. Ja to widzę trochę inaczej.

Nie mam wystarczającej wiedzy, żeby wgłębiać się w prywatność Whitney. Ani Amy i innych, którzy niedawno odeszli z muzycznej sceny życia. Nie jestem ani nigdy nie byłem ich kolegą czy przyjacielem. Tym niemniej, kiedy rozejrzę się po sklepie płytowym, zerknę na top topów i, boże uchroń, przypadkiem włączę radio bzdet, moje uszy narażone są na atak miernoty pomieszanej z beztalenciem i doprawionej tandetą. Która smakuje tzw. general public.

Wyobraźcie sobie, że macie ponadprzeciętny talent, który rozwijacie od dziecka, ciężko pracując godzinami, kiedy inne dzieci wiszą na trzepaku lub kręcą bączki rowerkiem. Dorastacie, odnosicie sukces (to dopiero lata 80.) a potem, kiedy wydawałoby się, że podobnie jak np. Frank Sinatra, chcielibyście zasiadać w panteonie gwiazd, jedyne co wam show biznes proponuje to miejsce w jury X-Faktor lub innego Idola.

Mówię o tym, jak przez ostatnie trzydzieści lat odpuściliśmy ze skali oczekiwania. Jak zdegradowały się wymagania w stosunku do jakości, zaangażowania, ludzi i nas samych. Dzisiaj przyjacielem zostaje się gdzieś po tygodniu, w relacje bliskie wchodzi po miesiącu a zajebiste jest wszystko to, co się świetnie sprzedaje. Niedawno dowiedziałem się, że na topie w szkołach są RayBany z przezroczystymi szkłami – matko święta, co na to bracia Blues?

Whitney to przedstawicielka ginącej epoki. Epoki artystów, którzy na swoją pozycję zapracowali ciężko a na starość nie otrzymali respektu od fanów. Bo wciąż szukamy nowego, lepszego. Dzisiejszy model Corolli już jest passe, a nadchodzi nowy. Żona od dziesięciu lat jest starym i złym wyborem, należy nam się coś lepszego. A muzyka z winylu trąci naftaliną w dobie lśniącej empetrójki, która na dodatek ma magic pokrętełko i wyświetlacz, na którym można sobie przejrzeć w metrze zdjęcia z imprezy. Wykonane tym samym zresztą pudełeczkiem.

Dokąd tak pędzimy? Co jest dla nas ważne? Czy jest cokolwiek, jakaś wartość, relacja, do której jesteśmy przywiązani? Czy szanujemy innych i siebie przede wszystkim? Cóż, brakuje czasu i chęci żeby na te pytania odpowiedzieć. A Whitney, być może, znalazła na te pytania zbyt wiele dołujących odpowiedzi. Z takiego smutnego miejsca nie chce się już wychodzić. A czasami nie ma już siły, żeby znowu powstać i błyszczeć perlistym uśmiechem. Na szczęście już nie musi tego robić. A dla nas niech to posłuży jako pretekst do zastanowienia. Nie jest jeszcze za późno.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz