wtorek, 6 marca 2012

Downsizing – ciemna strona mocy


Pewnie już każdy z was słyszał to magiczne słowo: downsizing. I bynajmniej nie oznacza ono, że producenci oczekują od nas, że z wielkich i wygodnych limuzyn przesiądziemy się do małych ale ekonomicznych autek. Nowy trend to stosowanie mniejszych silników w większych autach, a to z kolei oznacza prawdziwy boom na turbodoładowanie. A turbosprężarka to delikatny twór.

W latach 70. marki Saab i Porsche zapoczątkowały nowy trend w budowie silników do samochodów osobowych i wprowadziły turbosprężarki. Nie był to ruch na masową skalę bo obie marki produkowały niszowe modele. Saab budżetowe, a Porsche – z drugiego końca ekonomicznej skali.

W skrócie rzecz ujmując turbosprężarka działa w oparciu o prędkość i objętość gazów wylotowych, które ją napędzają. To z kolei pozwala jej na wtłaczanie dużej ilości schłodzonego powietrza do komory spalania co podnosi efektywność zachodzącego tam procesu.

Można powiedzieć, że z grubsza idea pozostała od tamtej pory niezmieniona. Oczywiście poprawiono parametry sprężarek, dołożono starań by stały się jak najmniej obsługowe i dołożono inne systemy doładowania silników, aby małe jednostki mogły napędzać większe auta.

O ile jednak można wiele elementów doskonalić, to nie da się inżynierskimi zabiegami zmienić mentalności kierowców. Dlatego w ostatniej dekadzie masowe marki takie, jak Renault czy VW zaczęły mieć problemy z autami wyposażonymi w turbo.

Z grubsza, awarie polegały na tzw. usmażeniu turbo, czyli niewystarczającym jego smarowaniu. Nabywcy nowej generacji samochodów wzlatywali na fali nowej i sporej mocy zapominając o podstawowych zasadach eksploatacji silnika z turbodoładowanie. Nowi użytkownicy lubili „docisnąć” auto bez dania mu szansy na rozgrzanie i dobre nasmarowanie turbiny. Podobnie, po dynamicznej jeździe, nikt nie miał głowy do prawidłowego schłodzenia turbiny, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, w jak szerokim zakresie temperatur to urządzenie pracuje. Ludzi, w których autach stwierdzano usterki, nikt tez nie nauczył sprawdzania poziomu oleju w silniku. Dopiero kontrolka ciśnienia oleju uświadamiała im, że w misce olejowej jest sucho.

Po serii gwarancyjnych napraw, producenci zmodyfikowali konstrukcję turbo aby przepuszczały więcej oleju, co pozwala na lepsze chłodzenie jej elementów i zwiększenie długowieczności. Teraz nawet katalogowe dane silników całego zalecają znaczne dolewki oleju nawet przy pokonywaniu dystansów rzędu 1000km.

Nie wszyscy użytkownicy nowych samochodów zaglądają dzisiaj do książek serwisowych. Zalecamy więc wszystkim, którzy nabyli auta wyposażone w turbosprężarki, aby regularnie kontrolowali poziom oleju w silniku i przygotowali zawczasu pojemnik z olejem identycznym do tego, jakim zalany jest fabrycznie silnik samochodu.

Duża moc małego silnika nie bierze się znikąd. Nowoczesne jednostki są bardzo wysilone i wymagają coraz dokładniejszego spasowania w fabryce i troski w serwisowaniu. Dobrze jest mieć tego świadomość i dbać o silnik w naszym nowym aucie skonstruowanym w oparciu o nowe zasady. Nowość smakuje lepiej kiedy trwa dłużej. Dlatego świadomie użytkujmy naszego „downsajza”.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz