czwartek, 14 marca 2013

Projekt W201 alias Rover

Na co dzień unikam samochodu. Zresztą w Warszawie nie jest to wybór jakoś szczególnie dramatyczny. W lecie jeżdżę rowerem, jesienią i zimą komunikacją miejską. Ma to swoje plusy (trochę ruchu w życiu pozbawionym wysiłku fizycznego, kontakt z tętniącą życiem tkanką miasta, kolejne przeczytane w autobusach książki, brak korków), ale i minusy (ścisk, niepunktualność, ograniczony dostęp do komunikacji miejskiej w późnych godzinach wieczornych, kałuże, zimny wiatr, zacinający poziomo deszcz lub śnieg).
Czasem, kiedy muszę załatwić coś za miastem - pożyczam samochód od żony (bo żona ma samochód). Taksówek nie znoszę z różnych względów (temat na osobny felieton). Niestety mój dzień pracy często kończy się o 23:58 na Poczcie Głównej. Jazda rowerem przez całą Warszawę o północy jest ogromną frajdą. W lipcu, sierpniu, nawet we wrześniu. W październiku glut z nosa zaczyna trochę przysłania frajdę. W listopadzie i grudniu nigdy nie próbowałem. Te nocne, zimowe powroty wcześniej nie były problemem, bo mieszkałem niedaleko metra, ale od roku mieszkam w miasteczku Wilanów, a autobus nocny do miasteczka odjeżdża spod Hard Rocka dopiero o 0:45. Przyszła więc taka chwila, w której uznałem, że bez samochodu się nie obejdę: po raz trzeci w tym tygodniu wyszedłem z Poczty na Świętokrzyskiej równo o północy. 
Trzy kwadranse czekania na nocny i perspektywa pszenicznego piwa w „Kulturalnej” nie wydała mi się już tak fantastyczna jak trzy dni temu o tej samej porze. Motoryzacja to nie jest mój sport. Jestem skłonny poświęcić jej akurat tyle czasu, ile zajmuje przeczytanie codziennego mini-felietonu Marcina Suszczewskiego na „Wyszukanych Samochodach”. Na moto-allegro w kategorii „osobowe” jest 70 marek plus „pozostałe”. Jak dla mnie – morze aut nie do ogarnięcia. „Wyszukane Samochody” czytam chyba od samego ich początku. I jakoś w listopadzie pojawił się tu czerwony Peugeot 205: z otwieranym panoramicznym dachem i automatyczną skrzynią biegów. Od razu otworzyło się pudełko ze wspomnieniami z lat 90-tych, kiedy takim samochodem przejechałem z mamą całą Europę (w bagażniku wioząc do Polski rower). Podróż takim samochodem przez nocną Warszawę? Zdecydowanie tak. Zadzwoniłem do właściciela. Wszystko fajnie, ale chciał za niego siedem tysięcy. Nawet gdyby zszedł do pięciu – wciąż byłoby to o jakieś dwa za dużo. W chwili, w której żegnałem się z Peugeotem mój znajomy Mieszko wystawił na sprzedaż swojego Rovera 620i. Za 1500 zł. Pogadałem z nim przez telefon: Mieszko nie ukrywał, że auto było mocno zużyte i wymagało pewnych napraw, ale miało ten niezaprzeczalny walor, że jeździło. Mając w pamięci Projekt Beżo (patrz link:https://www.facebook.com/media/set/?set=a.360269204056140.86780.263214880428240&type=3) po prostu podjąłem decyzję (nie widząc tego Rovera choćby na zdjęciu!). Za kilka dni Mieszko przywiózł Rovera z Poznania - co już samo w sobie nastrajało pozytywnie. Następnego dnia Marcin proklamował na „Wyszukanych” Projekt Rover. W tym miejscu zaczęły się schody. Rover jeździł, miał dobre radio (Alpine z zewnętrznym procesorem dźwięku) i działającą klimę. Na tym jego zalety się kończyły. Miał krzywy dach, rdzę na każdym elemencie karoserii, zawieszenie zrypane tak, że w każdym momencie można było zgubić jedno koło (lub dwa), łyse opony, drugi komplet łysych opon w bagażniku, wnętrze niesprzątane od dwóch dekad, ogród botaniczny na wykładzinie bagażnika (z żywymi kulturami bakterii), mocno zużyty tłumik, silnik przygasający na niskich obrotach, migającą wściekle kontrolkę „check engine”, brak hamulca ręcznego… Widząc mój entuzjazm Marcin Suszczewski zaryzykował diagnozę, która nie odbierała całej nadziei: projekt Rover jest do uratowania, jeśli znajdziemy zdrowego anglika i połączymy dwa auta w jedno. Założyliśmy budżet na poziomie 7000 złotych. Ale szybko okazało się, że znalezienie zdrowego Rovera 620 w Polsce jest w zasadzie niemożliwe (jedyny sensowny „dawca” z Sanoka się sprzedał bo zbyt długo zwlekałem z decyzją), a ściąganie auta z Anglii rozwalało budżet całej operacji (wysokie koszty transportu Rovera z Wysp do Polski). Zaczęliśmy szukać czegoś innego. 
Ruszył więc „Projekt Rover” bez Rovera. Rozważyliśmy chyba każde auto produkowane na przestrzeni ostatnich czterech dekad. Jedynym ograniczeniem był budżet, który miał nie przekraczać dychy. Rozważaliśmy Nissana Bluebirda, który był dostatecznie stary, aby łapać się na vintage i w dostatecznie dobrym stanie, żeby wsiąść i nim jeździć. I do tego w automacie. Rozważaliśmy Rovera 25, który miał być w dobrym stanie, ale jak okazało się, że to dla kogoś znajomego, to jednak auto nie było już tak godne polecenia. I wtedy na wyszukanych pojawiła się 190-ka z Krakowa, w benzynie, w automacie i z przebiegiem ok. 40 tysięcy km. Za 8900. Wyglądało to na łakomy kąsek. Właściciel przez telefon opowiedział historię wujka, który kupił auto w Austrii, jeździł niewiele, bo chorował, zmarł 7 lat temu i od tego czasu (postępowanie spadkowe) auto stało w garażu. Co nie mniej ważne – gość przez telefon nie robił wrażenia wariata. Na oględziny do Krakowa pojechał Marcin Suszczewski wyposażony we wszelkie środki, żeby auto kupić, jeśli uzna, że to jest okazja. Pojechał, zobaczył Mercedesa, zobaczył właściciela, nad brzegiem rzeki Wisły usiadł i zapłakał. Auto było totalną porażką i ruiną. Przebieg najpewniej nie był oryginalny, silnik wprawiał auto w niepokojący dygot, koła miały tendencję do podróżowania każde swoją drogą, wnętrze było dorypane, w bagażniku zbierała się woda i chyba tylko skrzynia biegów była elementem, do którego nie można było się przyczepić. Właściciel był przekonany że jest posiadaczem diamentu, brylantu wręcz i funkcjonował wg schematu opisanego przez Elliota Aronsona i Carol Travis w książce „Błądzą wszyscy (ale nie ja)”: im bardziej fakty przeczyły jego wyobrażeniu o rzeczywistości, tym gorzej dla faktów. Marcin nie kupił dla mnie 190-ki i wrócił do Warszawy z depresją (ale i kompletem pięciu oryginalnych felg od 205 GTi 1.6 z przeznaczeniem do… „Projektu Beżo” ;)). Szukaliśmy dalej. Rozmawialiśmy ze sobą kilka razy dziennie i nawet nie zauważyliśmy, że poszukiwania ograniczyły się już tylko do w201. Wtedy Marcinowi przypomniał się jego znajomy z Wrocławia – Michał Rozciecha. Miał od jakiegoś czasu do sprzedania białą 190-kę, benzyna 1,8, czerwony środek. 185 tysięcy km przebiegu. Trochę dużo. Wg Michała samochód wymagał naprawy fotela kierowcy (przetarty lewy boczek – typowa przypadłość starszych 190-tek) i to wszystko. Ew. lekka polerka lakieru na wiosnę. Hm… Mieliśmy zagwozdkę: mając w pamięci doświadczenia z Krakowa, gdzie „40 tysięczna” 190-ka wyglądała jak Freddy Kruger mieliśmy uwierzyć, że prawie pięć razy „starsza” 190-ka z Wrocławia jest w perfekcyjnym stanie? Duża, duża wątpliwość. Kolejna kwestia: samochód był biały i miał czerwony środek. Jeszcze ten środek był do przeżycia – ale biały? No i nie sprzedawał się już od kilku miesięcy. Z drugiej strony: jeśli to jest okazja, to nie można się zbyt długo zastanawiać – świeżo w pamięci mieliśmy również nie kupionego na czas Rovera z Sanoka. Wreszcie wpadliśmy na taki pomysł: poprosiliśmy Michała, żeby zabrał 190-kę na przegląd do serwisu Mercedesa we Wrocławiu. Takie oględziny kosztują 150 złotych – zdecydowanie mniej niż wyprawa do Wrocławia. Taka prośba w naszym mniemaniu działała trochę jak wariograf: jeśli Michał odmówi – będzie to znakiem, że coś ukrywał i samochód nie był taką rewelacją, jak ją przedstawiał. Jeśli zdecyduje się pojechać – nie dość, że dobrze będzie to świadczyło i o nim, i o samochodzie, to jeszcze uzyskamy osąd i ogląd osoby trzeciej (serwisu Mercedesa). Michał zgodził się zawieźć 190-kę do serwisu Wróbla. Tutaj dwa słowa o serwisie: wzięli pieniądze, zobowiązując się wysłać raport do mnie (i tylko do mnie) a Michałowi ustnie przekazać swoje spostrzeżenia i uwagi. Serwis do przeglądu podszedł z dużą dezynwolturą, kilka elementów zostało sprawdzonych wręcz na żądanie właściciela, bo serwis jakoś sam z siebie się nie kwapił. To, co przekazał nam Michał napawało optymizmem: trzeba było powymieniać uszczelki w zawieszeniu i wykonać kilka podobnych napraw eksploatacyjnych. Raportu na piśmie z serwisu Mercedes Wróbel nie dostałem do dziś… Podjąłem decyzję. Na środę umówiłem spotkanie w Krakowie. Po spotkaniu wsiadłem do autokaru i za 3 godziny byłem we Wrocławiu. Z dworca PKS odebrali mnie Michał ze swoim ojcem i pojechaliśmy do ich domu oglądać Mercedesa. Oczywiście – auto było czyste i wysprzątane. Oczywiście - wiadomo, że sprzedającym zależało na wywołaniu jak najlepszego wrażenia. Ale grunt, uznałem, że mam tego świadomość. Kiedy zobaczyłem go na żywo - oniemiałem. 
Samochód robił piorunujące wrażenie. Wyglądał jak nowy. Czerwony środek był stary, pachniał trochę antykwariatem, ale był kompletnie niezużyty. Lakier był w fantastycznym stanie. Śladów rdzy nie znalazłem nigdzie. Jazda była przyjemna, z zawieszenia nie dobywały się żadne niepokojące odgłosy. Silnik chodził równo i cicho. Skonkludowaliśmy transakcję. Panowie pokazali mi jeszcze inne skarby ze swojego garażu (temat na osobny felieton) i odjechałem w stronę Warszawy. W połowie drogi byłem już po konferencji prasowej z tuzinem moich znajomych, których zelektryzowała wiadomość o tym, że kupiłem dwudziestojednoletnie auto. Również w połowie drogi wiedziałem, że jeździłem w życiu różnymi samochodami - lepszymi i gorszymi, tańszymi i droższymi - ale żaden z nich nie miał tak komfortowego zawieszenia jak ten BabyBenz. Na przyjazd do Warszawy zużyłem pół baku benzyny (ok. 30 litrów). Po tygodniu musiałem kupić nowy akumulator. Będę musiał dać do naprawy lewy głośnik z przodu, bo nie gra. Nie zdecydowałem jeszcze, czy wymienię oryginale radio Becker’a na coś bardziej współczesnego. Wprawdzie lubię audiobooki na dłuższych trasach, ale Becker ma niezaprzeczalny urok bibelotu z dawnej epoki. No i radio odbiera rewelacyjnie. Trzeba też wymienić pióro wycieraczki i kupić dywaniki, żeby przez zimę nie zniszczyć czerwonej podłogi. Największym problemem jest znalezienie kawałka materiału fotela (przetarty boczek) ale w tej sprawie obiecał mi pomóc Michał. Póki co jeżdżę z pokrowcem (takim przypałowym, jak z lat 80-tych). W przyszłym tygodniu zawiozę go na przegląd na ul. Daimlera – w końcu to salon Mercedesa – niech się zatroszczą o auto, które współtworzyło legendę niezawodności tej marki. Początkowo rozważałem przemalowanie 190-ki na jakiś bardziej akceptowalny kolor. Już mi minęło. Oryginalny lakier z lat 90-tych kładzie na łopatki wszystkie współczesne wynalazki będące pochodnymi wody. Poza tym – biały to tradycyjny kolor niemieckich aut w wyścigach samochodowych o puchar Gordona Bennett’a… Mercedes kosztował 7000 złotych. Akumulator 230. Przegląd u Wróbla 150. Jak zrobię przegląd na Daimlera i zarejestruję samochód – podam pozostałe koszty. Paweł Wu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz