środa, 19 czerwca 2013

WIDOK Z OKNA - Tak zwany SWISS ;)

Pewnie nie tylko ja zastanawiam się nad tym fenomenem. Porównywalnej klasy samochody w Polsce i np. Szwajcarii można kupić w zupełnie innej cenie. Przy czym ciekawostka jest taka, że po przejechaniu setek kilometrów (benzyna plus winieta autostradowa), na wywozowych tablicach (tablice plus ubezpieczenie) samochody pochodzące ze Szwajcarii w Polsce są od tych oferowanych w miejscu zakupu tańsze. Kto zatem dokłada do interesu?
Wyjaśnienie tego fenomenu nie jest trudne ale wymaga pokonania jednej bariery. Chodzi o wrodzoną wielu ludziom niechęć do kupowania czegoś, co już zostało uszkodzone. O ile na meblu można sprawę załatwić położeniem warstwy szpachli albo zwyczajnie zaszyć dziurę w tapicerce, o tyle samochód to taki twór co raz uderzony, reaguje bolączkami całego jestestwa. Bywa, że w miejscu zderzenia wszystko uda się wyrównać, ale gdzie indziej coś tam nie chce się spasować i po prostu odstaje.
Szwajcar to taki dziwny człowiek, że w ogóle nie handluje swoim samochodem. Jakiś taki to jest nieprzystępny typ, że woli oddać swoje auto do lokalnego handlarza, niż wpuszczać do domu obcokrajowców lub innych Szwajcarów co mieliby odkupić od niego używane auto. Wstyd mu pewnie przed sąsiadami bo to zobaczą, że obcy go nachodzą a to wszystko wynika z pazerności - nie chce podzielić się zyskiem z handlarzem samochodów, wszystko chce zgarnąć dla siebie.
Jest nawet jeszcze gorzej. Jeśli Szwajcarowi przydarzy się wypadek, to taki już w ogóle nie chce mieć styczności ze swoim wozem. Jak nie jest idealny to znaczy się już nie zasługuje na szwajcarską miłość. Wtedy auto przejmuje ubezpieczalnia. Ba, ale tam również pracują Szwajcarzy a oni wiedzą, że nikt z ziomków na pewno nie będzie zainteresowany kupnem powypadkowego auta, nawet idealnie naprawionego. Co robić?
Ubezpieczalnie wpadły na pomysł i utworzyły serwisy internetowe, gdzie można licytować poobijane samochody. Nikogo zapewne nie zdziwi, że większość takich serwisów stanowi obszar zainteresowania internautów spoza Helwecji. Zagladają tam Polacy, czasem Czesi, ale również Litwini i inni, co znają się na naprawianiu obitych samochodów. Po wylicytowaniu (z reguły uzyskiwane wartości nie pokrywają nawet wyliczonych przez ubezpieczalnię kosztów naprawy auta) wozy są zabierane do naprawy.
Jadą tedy auta lawetami do np. Polski. Tutaj fachowa siła ogarnia temat i po powiedzmy miesiącu auto wyjeżdża w stanie zbliżonym (nawet całkiem bardzo czasami) do oryginału, ale sprzed kolizji. Cóż, jak jednak wiemy już z wcześniejszych rozważań, szkoda powstała i całkowity powrót do stanu "jak nowy" nie będzie tutaj możliwy. Kupując taki wóz zdajemy się więc zatem na łut szczęścia. Większość tych obitych samochodów to bowiem wozy naprawdę kosmetycznie zdeformowane i uzdolniony blacharz na pewno z łatwością radzi sobie z naprawą. Gorzej gdy szkoda była głębsza, ale o tym niestety nigdy się nie dowiadujemy, bo dokumentacja z reguły jakoś ginie.
Idealnie byłoby gdyby sprzedający takie naprawione auto zaproponował nam pełną dokumentację, zapoznał z kosztami a w podsumowaniu zawarł swoją prowizję. Cóż, kiedy jesteśmy narodem, w którym każdy wie co i ile powinno kosztować, i prędzej byśmy sobie rękę odgryźli niż dali takiemu zarobić. Co zresztą obejmuje obszar większy niż tylko handel używanymi samochodami. Handlarze zatem ukrywają wszelką prawdę przed nami i bezpiecznie domagają się prowizji schowanej w odpowiednio przesterowanej kwocie, jaką żądają za auto ze świadomością, że będzie ona bezlitośnie
targowana.
Czyli co, sami jesteśmy sobie winni? W sumie tak, bo to od naszych wszystkowiedzących głów zaczyna się proces ukrywania prawdy, której zresztą (przyznajmy się) wcale nie chcemy znać. Przecież wolimy wierzyć w opowieść o niemal nowej sztuce, kosmetycznie draśniętej o słupek i odkupionej od starszej pani perfekcjonistki a instalacją gazową handlarz miał po prostu w garażu i dorzuca na w gratisie. Dopóki to się nie zmieni, nie liczmy na niższe ceny za coś, co jest tego warte. Bo czasem jest, tego nikt nie podważa.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz