poniedziałek, 9 czerwca 2014

KONTRAPUNKT - Taniość, widzę taniość.

Dzisiejszy kontrapunkt nie będzie kontra. Do jego napisania zainspirował mnie Szef linkując Fiata Regatę za 2900 zł.
Czarne blachy, niespotykane już dzisiaj auto i cena niższa niż średnie, miesięczne wynagrodzenie za pełnoprawne, jeżdżące auto. Większość z Was się skrzywi, mówiąc, że za takie pieniądze może i da się kupić samochód, ale na pewno nie taki, który będzie się nadawał do jeżdżenia na co dzień. Jednak ja od dłuższego czasu sam regularnie kupuję samochody za kilkaset, maksymalnie tysiąc złotych. I używam takiego żelaza do nagniatania nim codziennie po mieście. Zazwyczaj długo i bezawaryjnie, wcale nie „aż koła odpadną”, tylko aż mi się znudzi. Kupując taką furę, musimy zgodzić się na parę wyrzeczeń. Często lakier nie tylko nie ma tak pożądanego połysku, ale potrafi zmienić kolor z wyjściowego na rudy. Wnętrze nosi ślady zmęczenia i mocnego zużycia. Zapytacie, co można kupić za przysłowiowy tysiąc złotych? Oczywiście często do auta trzeba coś dołożyć, żeby je usprawnić, ale nadal obracamy się w kwocie, którą większość z Was uzna za śmieszną.
Zaczęło się w 2011 od Saaba 9000 za 1000 zł. Auto wyciągnięte od starszego pana z garażu, w którym kwitło od roku, bo nie chciało odpalić. Saabiarze już wiedzą i obstawiają – czujnik położenia wału czy kaseta? Winna okazała się ta druga. Czarny 9000 z końca produkcji, benzynowe 2.3 na turbinie, skóra, automat, pełna elektryka. Autem dzisiaj jeździ mój znajomy na Kaszubach. Jakoś tak wyszło, że Saab do mnie przylgnął i w wyniku różnych zawirowań otrzymałem od znajomego Krokodyla. W najmocniejszej specyfikacji, świetnie wyposażony (m.in. klimatyzacja) był spełnieniem dziecięcych marzeń.  Cóż, auto de facto kosztowało mnie 0zł, więc nie wybrzydzałem, tylko brałem. Kolejnym udanym zakupem była Niva z LPG. Kupiona po to, żeby przejechać Złombol. Tutaj kwota zakupu bliższa była 2000 zł, a w auto zostało zainwestowane jeszcze prawie tysiąc złotych. Tylko, że Nivka dzięki temu dotarła bezawaryjnie na grecki Olimp w drodze powrotnej zwiedzając całe Bałkany i nakręcając na koła ponad 6 tys. km. Po trudach spędzonych w radzieckim wynalazku, zapragnąłem nieco komfortu – padło na Mercedesa C-Klasę, czyli W202 z wolnossącym dieslem 2.2 i automatem. Auto kupione za równy 1000 zł, wymagało wymiany pękniętego przedniego, dolnego wahacza i ukręconej tylnej półosi. Oba elementy łącznie pochłonęły 500 zł, a z pomocą w ich nabyciu przyszedł wiodący portal aukcyjny. Następnie trochę zwiększyłem budżet i pod domem pojawił się piękny, niebieski Espace II z turbo dieslem pod maską. Piękna, duża fura na ślicznie odnowionych alufelgach od R25 z 7 fotelami i całkiem niezłym wyposażeniem. Wydrenowała mój portfel na prawie 3000 zł. Skoro był van, to przyszedł czas na niedużego mieszczucha – wybór padł na Forda Fiestę MK 3 z 1989 r. Gaźnikowe 1.4 dawały sporo frajdy z jazdy, a czarne blachy podnosiły prestiż. Dodatkowym autem było, że auto kupiłem od pierwszego właściciela, starszej pani, która Forda zakupiła dla siebie w RFN. Cena? Auto z OC opłaconym na trzy miesiące naprzód kosztowało mnie 250 zł. Ostatnim zakupem było Volvo 240. Piękne, duże kombi z wolnossącym dieslem pod maską i świetnym wyposażeniem (szyberdach, el. szyby i podgrzewane lusterka, oryginalne audio, wycieraczki na reflektorach…) z samego końca produkcji kosztowało… No właśnie, jak myślicie, ile takie auto mogło kosztować? Dodam, że jest praktycznie bez rdzy, mam do niego komplet trzech kluczyków, a były właściciel obiecał odnaleźć jeszcze książkę serwisową, fakturę zakupu z niemieckiego salonu oraz całą stertę dokumentacji związanej z autem. Żadne z powyższych aut mi się nie zepsuło, nie zawiodło. Część z nich do dzisiaj jeździ u moich znajomych, nadal dzielnie służąc. I co? Nadal twierdzicie, że nie da się kupić porządnej fury za małe pieniądze?

Galeria opisywanych w tekście samochodów - tutaj.

Tekst: Michał Trzcionkowski
Regata u nas - tutaj.

zdjęcie: Ex-Krokodyl Szefa, a nie jakiś tam za tysiąc ;)


4 komentarze:

  1. a o krokodylu nic...?

    OdpowiedzUsuń
  2. Powinieneś jeszcze dodać ile trzeba było potem inwestować w niektóre z tych aut:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z autorem: Gros moich samochodów kosztowało poniżej 1000 zł i pomimo swej oczywistej niedoskonałości dobrze wywiązywały się z zadania, jakim było przemieszczanie mych obszernych kształtów tak po mieście, jak i po kraju. Zdecydowanie więc: da się :).

    OdpowiedzUsuń
  4. mam nadzieję, że fiesta i W202 wyglądały tak, jak na zdjęciach, gdy Kolega je kupował, a nie sprzedawał (szczególnie merc - na kolor tapicerki trudno coś poradzić, ale z tą rudą - siedem nieszczęść), z kroko można by zdradzać żonę, a volvo kiedy będzie na sprzedaż?

    OdpowiedzUsuń