środa, 18 lutego 2015

BMW 518 Touring Adama - lek zażyty, mogę spać spokojnie

Początkiem tej historii wcale nie była potrzeba zmiany samochodu. Opel Astra w wersji Sport z silnikiem 1.8 o mocy 125 KM, choć kupiony w pewien październikowy dzień 2013 roku przez przypadek i na wariata, sprawował się bez zarzutu. Zresztą i tak nie miałem nim kiedy jeździć. Mam to szczęście, że nie tylko czytam i piszę o samochodach, nie tylko je macam, oglądam i fotografuję, ale także je testuję. 
Żeby przejść płynnie do tematu tego artykułu, czyli pięknej perłowo-białej Bawary, muszę cofnąć się jeszcze mniej więcej 8 lat wstecz, do 2007 roku. Wtedy, jako właściciel 2-letniego Nissana Almery N16, zrozumiałem, że to, co daje współczesna motoryzacja kompletnie mnie nie kręci. Za namową kolegi i po długich poszukiwaniach (w życiu miałem mnóstwo samochodów, ale tylko jednego szukałem długo – reszta to były przypadkowe zakupy pod wpływem emocji, których nigdy nie żałowałem) postanowiłem kupić Mercedesa W123 230 na gaźniku Stromberga z 1978 roku - „Pomarańczową damę”. Przez ponad 6 lat stanowiliśmy zgrany duet, ale niestety, Beczka zaczęła rdzewieć, a ja nie miałem wtedy pieniędzy na jej odbudowę. Samochód pojechał więc do Wrocławia, a ja do dziś trzymam do niej oryginalną kierownicę pod łóżkiem (mam nadzieję, że nie czyta tego obecny właściciel).
Sprzedaż Beczki bardzo mnie przygnębiła. Wychodząc codziennie przed dom i wsiadając do Golfa II GTD z 90-tego roku lub o wiele nowszego Fiata Cromy 1.9 JTD z 2008 roku, którym do dziś jeździ mój ojciec, nie czułem się jak u siebie. Po zamianie Golfa na Astrę nadal wiedziałem, że coś jest nie tak. Widok nawet do połowy zardzewiałego starego auta na ulicy powodował bowiem u mnie ślinotok, a jak do tego widziałem jakąkolwiek Beczkę, to wiedziałem, że dzień mam już z głowy. Wiem, wiem, może nie każdy potrafi to zrozumieć, ale ja naprawdę nie oglądam się za nowymi samochodami.
Zacząłem więc wertować ogłoszenia i myśleć o czymś nierozsądnym, starym, przykurzonym zębem czasu. I tak trafiłem na piękną (niestety tylko na zdjęciach) Omegę 2.0 Diamand. Choć miała pod maską 115 konny silnik zatruty gazem, pomyślałem sobie, że pomogę jej wrócić do czasów świetności. Niestety brak klimatyzacji i źle przeprowadzona akcja naprawcza spodu pojazdu odżegnały mnie od pomysłu jej zakupu. I wtedy właśnie poznałem Marcina z Wyszukanych Samochodów. To on rozpoznał u mnie chorobę – nieuleczalną, beznadziejną, kosztowną i niesamowicie bolesną, o ile nie zażyje się lekarstwa. Ta choroba nie występuję w żadnym powszechnym spisie, nie usłyszycie też o niej od lekarza. To nie znaczny, że nie istnieje. Bo jeżeli pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią przed snem jest: „chcę mieć stary samochód”, to jak to inaczej nazwać? Na szczęście, jak napisałem wyżej, można ją zaleczyć (o pełnym wyleczeniu nie ma mowy), a ja właśnie zażyłem lek w odpowiedniej dawce. 
Przed Wami moje lekarstwo – BMW E34 518 Touring, o którym jeszcze niedawno mogliście przeczytacie w dziale „Wyszukany Polecany”. Samochód pochodzi z 1995 roku i na wiosnę będzie obchodził 20 urodziny. „Na wypasie” posiada klimatyzację, abs, dwie poduszki powietrzne, welurową tapicerkę, elektryczne szyby przednie i elektryczne lusterka. To, co istotne, to fakt, że jest w 100 % zgodny z VIN (no dobrze, poza nieoryginalnym radiem CD). Pod maską pracuje oczywiście czterocylindrowa jednostka na łańcuchu rozrządu, która produkuje całkiem nieśmiałe stadko 115 KM. 
Po wejściu na stronę fan klubu BMW możecie o tym silniku przeczytać, że jest żartem konstruktorów, że nie nadaje się do tak ciężkiej budy, że nie przystoi, że wiocha, że nie jest to prawdziwe BMW. Cóż, może jestem nienormalny, ale ja odbieram ten silnik zdecydowanie inaczej.
Po pierwsze, mamy do czynienia z youngtimerem, czyli nie silnik, a stan jest najważniejszy. Po drugie, skoro punkt pierwszy i youngtimer, to nie można uznawać go za samochód do za%^#%lania i driftingu (choć i jedno i drugie potrafi). Po trzecie, jestem przekonany, że każdy, kto pisze źle o tym silniku, nigdy nie jeździł tym autem. I mówię to z perspektywy kierowcy, który takimi samochodami jak: 286 konne BMW E34 540, 280 konny Seat Leon Cupra, 300 konny VW Golf R, 320 konne BMW 1M, 585 konny Mercedes E63 AMG S czy 315 konne BMW X5 40D przejechał razem kilkanaście tysięcy kilometrów.
Moc w samochodzie jest bardzo ważna, to oczywiste, ale jej nadmiar niepotrzebnie prowokuje. Nie da się bowiem jeździć 300-konnym samochodem spokojnie – ryzyko spotkań z policją i częste odwiedziny na stacjach paliw (BMW 1M spaliło 30 litrów na 100 km, a wcale nie miałem cały czas nogi w podłodze) są nieuniknione. Niektórzy decydują się zatruć taki samochód podtlenkiem gazu. Jak dla mnie to słaby pomysł. Jako przykład tym wszystkim młodym gniewnym, tęskniącym za mocą i rykiem silnika podam BMW E34 525 o mocy 192 koni z LPG – a taki właśnie samochód miał kiedyś mój wujek. Przy szybkiej jeździe Bawarka zużywała pod 20 litrów gazu, w dodatku duży przebieg – a 99% egzemplarzy E34 w Polsce dobija miliona, choć nie wynika to ze stanu na wyświetlaczu – i nienaturalne paliwo zabrały jej co najmniej 50 KM. Efekt? Do 100 km takie BMW przyspieszało bardzo wolno i tylko dźwięk R6-tki sprawiał mi radość. Niestety podejrzewam, że większość takich E34, to zajeżdżone szroty. 
Wróćmy jednak do mojego BMW. Do setki przyspiesza w niecałe 13 sekund (265 tys przebiegu i silnik jak pszczółka, więc te dane są pewniejsze niż 9,2 do setki w 525 z LPG), ale da się nim jeździć dynamicznie nie przekraczając 3 tys. obr./ min., dzięki czemu realne spalanie w zimowej aurze w Warszawie wynosi dokładnie 10,8 litra/ 100 km. Gdy dodamy do tego piękny pomruk czterocylindrówki, absolutną ciszę w środku (świetne spasowanie) i genialne zawieszenie, otrzymujemy naprawdę przyjazny w obcowaniu na co dzień samochód. Mały promień skrętu i duża kierownica ułatwiają parkowanie, a świetny zestaw audio (głośniki zamontowano nawet w dachu nad bagażnikiem) umila każdą podróż. Jazda tym samochodem to za każdym razem przyjemność, a niewielka moc silnika, choć prędkość max to 194 km/h, bardzo uspokaja, pozwalając czerpać przyjemność z samego siedzenia za sterami tego wchodzącego z gracją w zakręty tapczanu.
Pewnie jesteście też ciekawi, w jakim stanie technicznym jest to auto? Cóż, jednym słowem nienagannym. Do zrobienia mam dwie pary drzwi, które zaczynają lekko  u dołu korodować, muszę też nasmarować sprężynkę napinacza paska alternatora , bo piszczy podczas jazdy. Poza tym, BMW gotowe jest na każdą, nawet najdłuższą podróż. To dobrze, bo czeka nas razem na pewno nie jedna!
Dziękuję Wyszukanym za samochód, którego nie szukałem, a który sam mnie znalazł.

Adam Gieras

2 komentarze: