piątek, 29 maja 2015

PRZEJAŻDŻKA. Jadę niczym jakiś Tom Cruise ;)

Spotykam się często z dość stereotypowymi wystąpieniami pod adresem motoryzacji z USA. Przede wszystkim, że beznadziejne materiały w kabinie. Potem idzie awaryjna mechanika, zwłaszcza podobno rozpadają się skrzynie biegów. I na koniec zużycie paliwa. Jest wprost tragicznie duże.

O tyle są to opinie ważne, że z wiadomych względów niepoparte żadną praktyką. Większość znawców opiera się bowiem o zasłyszane gdzieś coś. Innymi słowy – Radio Erewań. A ja wiem, że sprawy mają się trochę inaczej. I tą opinią chciałem się z wami podzielić.
Okazja nadarzyła się wspaniała, bo w ręce wpadł mi Chevrolet Monte Carlo w wersji Z34. Auto u nas zupełnie nieznane, ale warte opisania. Dlatego, że miałem poprzedni model, oparty jeszcze na Caprice Classic a poza tym Monte Carlo to legenda NASCAR’u. Chociaż, kto u nas słyszał o tych wyścigach? 
Nie poddawajmy się. Nie od razu Kraków zbudowano i zapoznawanie z czymś co obce musi odbywać się stopniowo. Spójrzmy więc sobie ogólnie na czerwone cygaro w kontekście samochodów z 1995 roku. Co my tam mieliśmy pod ręką w Europie w tej klasie? Jaką mieliśmy konkurencję dla dużego coupe z silnikiem o mocy ponad 200 koni, automatyczną skrzynią biegów i klimatyzacją?


Wrzuciłem sobie takie parametry do wyszukiwarki allegro i wyskoczyły mi… same Amerykany oraz Honda Legend Coupe i dwa Mercedesy w124. W tamtych czasach z okazałych coupe była jeszcze BMW serii 8 i na tym chyba koniec. W ogóle nadwozie coupe to coś co w Europie wcześniej zaczęło wymierać a dzisiaj takich aut jest już jak na lekarstwo. 
Co innego USA. Tu każdy ma prawo wozić się jak zechce a wielu Jankesów lubuje się w samochodach całkiem niepraktycznych za to pełnych ekspresji. Co jednak nie znaczy, że z punktu widzenia fana motoryzacji są one bezwartościowe. Wręcz przeciwnie. Czerwone Monte Carlo ma pod maską silnik V6 o pojemności 3.4 litra z 24 zaworową głowicą. Silnik zaskakuje wysoką kulturą pracy, w każdym zakresie obrotów. Na wolnych nie odczujemy żadnego choćby drżenia, podczas przyspieszania narasta szum a gdy wcisnąć pedał gwałtownie w podłogę, z przodu auta budzi się z rykiem potwór, który nakazuje przednim kołom ciągnąć samochód ku horyzontowi w znacznym tempie.
Myliłby się ktoś, komu moc kojarzy się z twardą pracą zamieszenia. Monte jedzie miękko. I tak jest twardy jak na standardy USA, ale opony 225/60/16 sprawiają, że nie ma mowy o taczkowaniu w stylu Honda JDM. Jest miękko, jest bezpiecznie, jest szybko. I przede wszystkim cicho. To wyjątkowo dobrze wytłumiony samochód. Do uszu dociera smakowity i soczysty pogłos wydechu, ale nic poza tym.



Przyjrzyjmy mu się. Ależ on długi. Pięć metrów, 20 centymetrów to nie jest rozmiar, który da się pominąć na drodze. Monte robi wrażenie długością, ale jest niski, za to szeroki. Samochód jest przy tym dość wysoko posadowiony. Nie ma możliwości zahaczenia podwoziem o krawężnik czy śpiącego policjanta. To nie ta liga. Ciekawie to wygląda i wcale nie psuje mu linii. Wręcz przeciwnie, wóz dobrze się prezentuje.
Charakterystyczny element tego modelu – tylne boczne okienko – zachował się i tutaj. Wygląda to może trochę dziwnie, ale od czego dobre geny. To tak jakby Anglik był nagle przystojny a Szwed śniady. No nie da się. Okienko musi być. I pozostało do końca produkcji Monte Carlo w 2008 roku, ale to był już samochód kolejnej, szóstej generacji. A dokładnie szóstej i pół.
Nie sposób mówić o tym modelu bez choćby krótkiej wzmianki o wyścigowej tradycji w serii NASCAR. Monte Carlo startowało w nich od 1972 roku czyli praktycznie od swojego początku aż do samego końca. Kto oglądał Toma Cruise’a w „Days of Thunder” ten wie o co chodzi. Co prawda Cruise pilotował po owalu model Lumina, który na kilka lat zastąpił Monte Carlo w ofercie General Motors, ale emocje i zaciętość rywalizacji były takie same. Prawdziwą legendą tych wyścigów był startujący również w wyścigowych Monte Carlo Dale Earnhardt.

Wracając do czerwonego egzemplarza, to prawdziwy rodzynek. Do Polski trafił w wieku dwóch lat a przez wszystkie te lata spędził u jednego właściciela. Trudno uwierzyć ale auto najechało dotąd tylko 85 tys kilometrów. To się czuje na każdym kroku. Od świetnej kondycji lakieru, przez „jak nowy” stan podwozia, po nieporysowane szyby czy niewysiedziane fotele. Nawet radio gra czysto bez furkotania, po którym tak łatwo poznać stare głośniki.
Monte Carlo to bardzo wygodny pojazd. Cztery osoby siedzą tu w naprawdę dużej wygodzie. Jest się gdzie oprzeć, drzwi i boczki obito miękkimi tkaninami. Tu jest po prostu przyjemnie. Nie będę twierdził, że z każdego elementu emanuje jakość. To jednak tylko dwudziestoletni Chevrolet, ale nic nie skrzypi, nie drga ani nie telepie. Pod tym względem jest jak w nowym aucie.  Świetna jest też ergonomia wnętrza. Wszystko pod ręką, intuicyjna obsługa, niewiele elementów, które mogą rozproszyć kierowcę. Miło.
Podobnie też się nim jedzie. Samochód słucha kierowcy w każdych warunkach, jest szybki, dynamiczny, ale spokojny. Nie jest narwany. Może chciałoby się ująć w ręce skórzaną kierownicę (brak) albo sprawniej manewrować w ciasnych uliczkach (promień skrętu to nie jest atut Monte:)), ale to naprawdę takie wyciąganie wad na siłę. Monte Carlo ma prezencję, ma moc żeby nie wstydzić się z powodu niespełnionych obietnic. Jest komfortowym autem zarówno do jazdy po mleko jak i w trasę na koniec kraju czy kontynentu. 

Na koniec ekonomia. 215 konny wóz traktowany normalnie, bez przesadnej troski o spalanie zadowala się średnio 11-12 litrami benzyny. W trasie spalanie spada do około 8-9 litrów. Moim zdaniem, całkiem nieźle jak na ponad pięciometrowy samochód z imponującymi osiągami. Albo inaczej, niejedna Skoda i Fiat z nowoczesnym 1.4 pod maską wiele by dała za takie wyniki.
Z historycznego punktu widzenia wypada dodać, że Monte Carlo wytwarzano jako LS i Z34 czyli taki właśnie, jak czerwony Chevrolet. Różniły się silnikami, 3.1 litra w LS oraz elementami wnętrza. Nowe Z34 kosztowało niecałe 19 tys USD. Była też krótka seria 400 samochodów-replik auta prowadzącego NASCAR w sezonie 1995. Te auta miały specjalną grafikę na karoserii, emblematy wewnątrz oraz skórzaną tapicerkę. Dopłata do takiej repliki wynosiła ponad 2 tys dolarów.

Ten Chevrolet jest oczywiście na sprzedaż, inaczej nie trafiłby zapewne do działu „Przejażdżki”. Cena jaką wyznaczył za niego sprzedający to dwanaście tysięcy pięćset złotych za samochód zarejestrowany w Polsce, z ważnym przeglądem technicznym i przebiegiem, o którym już wspominałem. Moim zdaniem, Monte stanowi nie lada gratkę dla kogoś, kto rozumie jego pochodzenie i potrafi docenić stan samochodu. 

Chevrolet na aukcji - tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz