Gramy z Orkiestrą

niedziela, 3 grudnia 2017

Skandal z Cortiną w tle. Ostatnia w 2017 roku aukcja Ardor.

Koniec roku, czas prezentów, chciałoby się rzec. W końcu po uczciwie przepracowanym roku, każdy oczekuje jakiejś gratyfikacji. Nawet takiej od siebie samego. Z podobny nastawieniem udałem się na ostatnią cokwartalną aukcję Ardor, znów w Alei Szucha w Warszawie.

Już w garażu, gdzie prezentowano samochody, dał się odczuć nastrój zakupowy. Wiecie jak to wygląda: ludzie kręcą się intensywnie, węszą, patrzą. Widać, że każdy ma ochotę na coś. Jeszcze nie końca może wie co to „coś” jest ale panuje dojmująca chęć posiadania, zmiany i tego „niech się zadzieje”.
A były ku temu podstawy. W garażu było na czym oko zawiesić. Przede wszystkim, na samym wejściu, w przepięknym miętowym kolorze, Ford Cortina. Bardzo duża rzadkość w Polsce. Tak rzadki, że nie wszyscy mogli uwierzyć, że w ogóle był taki Ford. Jak by tego było mało, zaraz obok niej, w żarówiastym pomarańczu, Capri pierwszej serii. Czyli mogło się zrobić gorąco. Rzut oka w bok i… kurczę, niemożliwe, Golf Jedynka, GTi na felgach Pirelkach. Pomyślałem, że jest dobrze. W dalszej kolejności trochę spokojnie, ale to może tylko z mojej strony, bo do widoku Volvo PV i P1800 jakoś nawykłem i nie robią na mnie dużego wrażenia. Podobnie Mercedesy, które jako marka, zdecydowanie zdominowały ofertę. Od zjawiskowego kabrioletu 220 z roku 1951, przez 114 coupe, beczkę, niezbyt urodziwego SLa R129 po totalnie pojechanego SECa w stylizacji Koenig. Z takich niezbyt poruszających wozów to jeszcze dwa Miniaki, jeden klasyk, drugi pochodzenia BMW (prawdę mówiąc, nie wiem co on tam robił), ale można się z tego było pocieszyć klasycznym Mustangiem cabrio i roadsterem MG B w kolorze czerwonym.
Jak więc widać, było na co wydać pieniądze i po godzinie 17.00 inwestorzy, kibice, żony i dzieci zasiedli na licytacyjnych krzesłach a prowadzący rozpoczął od najładniejszego, moim zdaniem, wozu. Czyli Cortiny. Potem Beczka, Capri… ale po kolei.
Jeśli czujecie, że wszystkie one, po kolei, znajdowały entuzjastycznych nabywców to… będziecie w błędzie. Aukcja przebiegła w bardzo dziwnym nastroju. Głównie takim, że po wywołaniu auta, zapadała krępująca cisza, czasem któryś z pracowników Ardoru dawał znać, że na dany wóz jest złożona oferta pokrywająca się z ceną wywoławczą ale w żadnym wypadku nie podbijająca jej. Tak było w przypadku Cortiny (skandal), Beczki (bez szału), Capri (przy 50 tys ceny wywoławczej, hmm…), Mustanga (nie rozumiem), Mercedesa z 1951 roku (do tego potrzeba już grubszej kieszeni bo cena wywoławcza stała na poziomie 320 tys), SLa R129 (w pełni uzasadniona wszak raptem silnik 300 a stan taki sobie zaś cena 38 tys).
Publika ożywiła się tylko dwa razy. Przy SECu Koenigu i MG B. O ile w przypadku brytyjskiego roadstera ożywienie uzasadnione acz kuriozalne bo tamtejsze wozy nie cieszyły się u nas dotąd specjalnym zainteresowaniem to propozycja tuningowa zupełnie mi nie pasowała. Nie do końca rozumiem tę fascynację a jeśli już miałbym takiego wziąć to od wielu miesięcy ogłaszany jest w internecie taki wóz ale w smoczo-zielonym kolorze. Do tamtej epoki bardziej mi pasuje niż stonowana czekolada jaką pokryto SECa z aukcji. Co nie zmienia faktu, że poszedł za 130 tys względem wywoławczej 90 tys. MG B zaś przybrało na wartości relatywnie mniej, bo raptem skok z 38 tys na 42.
Nie wspomniałem o cichych bohaterach licytacji. Tak sobie o nich mówię z lekką drwiną a chodzi mi o zupełny brak zainteresowania w stosunku do: Golfa GTi, coupe 114, Volvo świętego i PV i obu Mini. Co prawda GTi wyceniono na 75 tys ale moim zdaniem było w świetnym stanie. 114 coupe również a kosztowało wywoławczo tylko 55 tys i to był samochód z silnikiem 280. Soczyście czarny z jasnym wnętrzem. Smakowity. Co do Miniaków, żaden nie przypadł mi do gustu więc nie sprzeczam się z opinią potencjalnych nabywców ale babcię Volvo PV można było za 45 tys próbować brać. Była tego warta. Podobnie jak P1800 za 150 tys.
Przemilczałem całkowicie Volvo 142 za 24 tys złotych, które też wystawiono, ale nie cieszyło się w ogóle zainteresowaniem ani wzięciem. I po prawdzie potwierdzało jedną prostą prawdę, z którą już wcześniej zetknąłem się w przypadku samochodów dobieranych przez Ardor. Mianowicie, klient aukcji nie jest w ogóle zainteresowany samochodami w stanie średnim. Mają lśnić, pachnieć, mieć prezencję. Dla pasjonata motoryzacji to czasami niezrozumiałe. Często cenimy oryginalność, historię, rzadkość modelu i wiemy, że pewne poprawki są nieuniknione i damy radę je ogarnąć. Widać jednak uczestnik licytacji patrzy na to trochę inaczej.
Cóż, ważne i będę to podkreślał w nieskończoność, że te aukcje w ogóle się odbywają. Jedne idą lepiej, inne gorzej ale to wszystko milowe kroki dla polskiego rynku klasycznych samochodów. Będę im zatem niezłomnie kibicować i je wspierać. Dla naszego wspólnego dobra. I szanujmy inwestorów, którzy tymi wozami się interesują i je (czasem) kupują. Oni budują rynek klasyków w Polsce, który bez ich pieniędzy nie miałby szans na wzrost.

Więcej zdjęć licytowanych samochodów na stronie FB - tutaj.

Marcin Suszczewski



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz