poniedziałek, 14 maja 2018

Widok z okna - W drodze do Essen...

W sobotnie popołudnie wybrałem się w kierunku Nadarzyna. Celowo piszę, że nie pojechałem, bo w trakcie jazdy okazało się, że wybierając drogę na skróty (chciałem ominąć ewentualne korki związane z mnogością radosnych politycznych parad) wpakowałem się w mega ruch lokalny. No nieważne.
Do hal wystawowo-handlowych dojechałem w końcu po ponad godzinie i... nie zauważyłem żadnego oznaczenia lokalizacji imprezy. Zaparkowałem gdzieś na początku i... okazało się, że to w ogóle nie tu. Pogoda była super więc wybrałem spacer. I w końcu też dotarłem.
Dla wyjaśnienia dodam, że jestem entuzjastą wszelkiego rodzaju ruchów pro-rynkowych, więc czy odbywają się one na Narodowym, w halach targowych na Marsa czy w Nadarzynie, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Z gruntu jestem na tak a dopiero później mam różne spostrzeżenia, w tym negatywne.
No dobra, do rzeczy. Dla kogo było Warsaw Motor Show? Pokazano tam znowu starsze auta a między nimi krążyły zdezorientowane familie spoglądając nieśmiało na Mercedesy po 100 i inne auta po więcej tysięcy. Jeśli to miało mieć walor edukacyjny to nie widzę sensu gdyż, co było widać, wrażenie było wyłącznie drożyzny.
 Dlaczego mówię o edukacji? Dlatego, że tak działała do tego roku Auto Nostalgia. Prezentowano samochody w dużym przekroju a do tego ogrom prac jakie towarzyszą odbudowie i samemu posiadaniu starszego samochodu. Panie i panowie (a także dzieci) mogli więc na własne oczy przekonać się, że to nie tylko splendor i światła fleszy ale przede wszystkim koszty, koszty i... koszty. Kogo to nie odstraszyło., ten mógł podążać dalej ciemną doliną ale wielu zapewne wzięło sobie lekcje do serca i dzisiaj nadal kolekcjonują modeliki i marzą o kolejnym... wypadzie na klasyczną imprezę.
Jest też taka możliwość, że Warsaw Motor Show jest imprezą branżową z opcją wstępu dla publiki ale wtedy pytam co to za branża, że praktycznie cała jej działalność obejmuje handel. No nie było, poza małymi wyjątkami, firm innych niż sprzedające klasyki. I znowu, z tego wynika, że nie ma szans na odrestaurowanie auta a jedynie jego zakup. Dlatego Ford Capri, którego widziałem na jesiennej Aukcji Ardor za 45 tysięcy złotych, w nadarzyńskich halach stał już za 67 tysięcy. Co ciekawe, ani tu, ani tam, nie wzbudził zainteresowania i nie doszło do transakcji. Ciekawe dlaczego...?
Budowanie rynku to praca żmudna, długa i... niewdzięczna. Należy znaleźć chętnych do zabawy, która okazuje się droga, nawet bardzo i wcale nie taka znowu dla każdego. Mało tego, mając już wymarzone auto, chciałoby się dzielić nim z innymi, ale nie podczas przejazdu do Nadarzyna czy postoju pod mostem, tylko na przykład w fajnych okolicznościach przyrody, na luzie. Tego obrazu nie podano na Warsaw Motor Show więc wrażenie mam monoteizmu niemieckich marek oferowanych za kosmiczne ceny w celu mania a nie jeżdżenia. I mnie to wcale nie bawi ani pociąga.

Marcin Suszczewski

1 komentarz:

  1. Ale i tak było o wiele lepiej niż na PGE... Bardziej "przyziemne" fury można przecież co środa oglądać pod narodowym...

    OdpowiedzUsuń