sobota, 21 lipca 2018

Widok z okna. Dybuk.


Jest taka koncepcja w jednej z religii, że w człowieka może czasami wejść duch – dybuk. Taki duch zwykle wyszukuje osobę podatną na swoje niszczycielskie działanie. Potrafi osobą owładnąć do tego stopnia, że wymagane są egzorcyzmy aby dybuka wypędzić. Nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Moim dybukiem okazał się Rafał, nomen omen, Dubuk.

Postanowiłem opowiedzieć wam tę historię z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że dotyczy kilku z obecnych tu Czytelników. Po drugie, bo była jedną z kuriozalnej serii, która dotknęła mnie osobiście. I wreszcie po trzecie, byście bardziej uważali nawet na tych, którym normalnie byście zaufali, bo dlaczego nie. Oto dlaczego…
Jesienią ubiegłego roku rozpadła się spółka, którą współprowadziłem. Konkretnie to wspólnik podziękował mi za współpracę w niewyszukanych słowach. Nie chciałem wziąć na siebie kolejnego kredytu żeby finansować jej działalność. Normalne, że się zdenerwował. Każdy by tak postąpił. W spadku po spółce został mi Rafał Dubuk, który szybko się skontaktował.
Od spółki kupił dwa samochody, w sumie to nawet trzy jak się później okazało. Ale to już zupełnie inna historia. Miałem więc dobre mniemanie o jego kondycji finansowej a już wcześniej mówił, że handluje na dużą skalę oponami, sam zresztą nabyłem komplet zimowek do samochodu rodziców. W sensownej cenie.
Rafał namówił mnie szybko na promocję na blogu, zaproponowałem wam dobre ceny, cieszyłem się, że mimo upadku jednej działalności, druga szybko staje na nogi. Generalnie widziałem przed sobą fajną przyszłość. Nie udało się jedno, ale może drugie pociągnie. Będzie dobrze. Z Rafałem nie zginę, myślałem sobie.
Kilku z was odpowiedziało na wezwanie, w tym aż trzy osoby dobrze mi znane. Zamówienie nie było może jakieś powalające, ale na pewno było warto. W końcu jeszcze przed Świętami mieliście śmigać na nowych zimówkach a wasze zadowolenie mogło sprawić, że nadejdą kolejne zamówienia i kolejne. Jak w normalnym świecie.
Niestety, dalej nie miało być jak w normalnym świecie. Zaczęły się trudności. A to zima, a to święta, a to zamknięte magazyny, a to korki na granicy. Słowem, rzeczywistość zaczęła podgryzać mój dobry nastrój. Uspokoiłem się nieco po tym jak Rafał przesłał wystawione na wszystkich odbiorców faktury. Wszak to już dokument skarbowy, do czegoś chyba zobowiązujący. Chyba.
Mój spokój nie trwał długo. W międzyczasie ci najlepiej mi znani ludzie zgłosili sprawę na policję i do prokuratury. Sprawa toczyła się równolegle. Ja grzecznie prosiłem, ponaglałem i czekałem na transport opon od Rafała Dubuka, tamci składali zeznania i cisnęli policję, dokładając też poszukiwania internetowe i załączając od czasu do czasu groźby.
Nie tak miała wyglądać komercyjna przyszłość Wyszukanych Samochodów. Nie tak. Chciałem rozwinąć fajny e-commerce a wyszedłem na tego, który sprzeniewierzył zaufanie i pieniądze na rzecz złodzieja. To w ogóle nie był mój kierunek. Na dodatek niewiele mogłem zrobić ponad złożenie zeznań. W końcu po wystawieniu faktur nawet nie byłem stroną w sprawie.
Miesiąc temu prokuratura umorzyła sprawę na podstawie art. 17 paragraf 1 pkt. 2 kpk wobec braku znamion czynu zabronionego. Zainteresowani wpadli, słusznie, w szał.
I wtedy odezwał się do mnie jedyny z zainteresowanych, który na samym początku swoje opony otrzymał. Okazało się, że tak go zaciekawiła oferta Rafała Dubuka, że sam złożył zamówienie na kolejne, które… dobrze zgadujecie, nie zostało już zrealizowane. To on doprowadził mnie do byłego kontrahenta naszego gumowego guru.
Przeciwko Dubukowi, w kraju toczy się lub toczyło kilkanaście postępowań. Łączna kwota wyłudzeń przekracza dwa miliony złotych. Schemat postępowania ściganego jest zawsze taki sam. Potulnie zgłasza się na policję, składa zeznania, kaja i zobowiązuje do uregulowania zobowiązania. I za każdym razem organ ścigania to łyka.
Nie piszę tego, powtarzam, żeby się wam zrobiło mnie żal. Mam wystarczająco powodów żeby posiedzieć w zadumie nad swoim losem i raczej nie chcę się nimi z tym dzielić. Każdy niech niesie swój krzyż, tak będzie najlepiej.
Piszę to żeby po pierwsze oczyścić atmosferę. Na początku było mi wstyd, że pozwoliłem sobie na nadużycie waszego zaufania do mnie i Wyszukanych. To było bowiem dla mnie najcenniejsze, bo wypracowane przez lata. Może dlatego, że wcześniej nie proponowałem żadnego zakupu. W końcu nawet o samochodach rozmawiamy najczęściej tylko teoretycznie.
Niestety, stało się i to zaufanie zostało wystawione na wielką próbę. Bardzo mi z tego powodu przykro i nie ustanę w wysiłku żeby zadośćuczynić wyrządzonym szkodom.
Nie da się, co prawda, sprawdzić wszystkiego, z czym ludzie do nas przychodzą i na co nas namawiają. Jednak trzeba zachować daleko posuniętą ostrożność i żądać prawidłowości postępowania (chociaż mam świadomość, że w moim przypadku te czynniki były dopilnowane).
W początkach Wyszukanych przyświecała mi idea zbudowania społeczności pasjonatów motoryzacji. Takich jak ja. Bo na tym właśnie polega siła społeczności, że jej świadomość jest kolektywna a przez to również możliwość działania, pozyskiwania nowych tematów, również jest przekazywana z ręki do ręki.
Przez lata na tym gruncie rosła też konkurencja i dzisiaj podobnych pomysłów jest co najmniej dziesięć razy tyle, nie wspominając o odłamach, detektywach, doradcach, wąsko pojętych zamkniętych środowiskach. Innymi słowy, zamiast się otwierać, ten nasz zbiór się podzielił, pozamykał.
Powody też nie są jakieś specjalnie nowe. Sięgnijmy po pierwszy z brzegu: pieniądze… A to mityczne dochody z reklam, to znowu korzyści płynące z zaproszeń od firm, bezpłatne próbki i takie tam. Znam to sprzed lat, jeszcze z pracy w prasie motoryzacyjnej. Ale w działalności bloga to wszystko zostało zredukowane praktycznie do zera.
Przeczytałem dzisiaj u jednej ze znajomych osób wpis odnośnie takich, jak opisane powyżej, zdarzenie. Treść wpisu sprowadza się z grubsza do czterech punktów:
  1. Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę.
  2. Na nic, co się dzieje, nie możesz nic poradzić, bo i tak to się zadzieje.
  3. Obserwuj z czym masz do czynienia i wyciągnij z tego naukę.
  4. Każda taka lekcja daje początek nowej drodze, którą należy kroczyć…

Marcin Suszczewski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz