niedziela, 11 grudnia 2011

Sokółka przełamuje fale


Kilka tygodni temu otwarto w podwarszawskiej miejscowości letniskowej salon demonstracyjny firmy Sokółka. Z lat ubiegłych, ale tych raczej odległych, niektórzy przypomną sobie, że w Sokółce mieścił się jeden z kombinatów ogólnopolskiego zrzeszenia Stolbud. To stamtąd właśnie trafiały do naszych bloków (bo któż znowu tak pomieszkiwał w willi) przepiękne drewniane i malowane olejną na biało, rozkręcane do każdego mycia okna. Moja mama miała nawet specjalny śrubokręt, którym radziła sobie ze stolarką okienną tamtych czasów.

Dziś wszystko się zmieniło. Sokółka dołączyła do grupy znanych w Europie marek produkujących okna najwyższej jakości. W ramach grupy mają tam dostęp do najlepszych technologii i wsparcia kapitałowego, a nasz zakład cenią za… tamtejszych rzemieślników. Okazuje się bowiem, że ci sami ludzie, którzy w latach 70. serwowali nam peerelowskie koszmarki, dzisiaj są w stanie dopieszczać idealnie dopasowane ramy stylowych okien.

Przy okazji premiery wywiązała się ciekawa dyskusja. Wzięli w niej udział Skandynawowie z nowej dyrekcji, designer jednej ze szwedzkich fabryk i rodzimi architekci. Pytanie brzmiało: „dlaczego ludzie tak opornie stosują w polskich domach okna?”. Odpowiedzi jest tutaj kilka. Po pierwsze, jak to mawiał onegdaj profesor Zinn z kultowego „Piórkiem i węglem, spójrzmy na klasyczny polski dworek. To budowla przysadzista, ocieniona i z małymi jak otwory strzelnicze oknami. Po prostu przez lata nie odczuwaliśmy potrzeby światła w naszych domach.

Inna sprawa, to polska kultura płotu. Płot czyli ogrodzenie, a raczej odgrodzenie to atut w rękawie naszych budowniczych. Nawet budowany w sercu stolicy Stadion Narodowy okolono wysokim i nieprzyjaznym dla mieszkańców żelaznym parkanem. My się po prostu lubimy izolować. Nie chcemy żeby nam ktoś właził na podwórko, bo ono jest nasze, niczyje inne. A drugi człowiek to najpewniej złodziej lub inny bandyta. Dwadzieścia lat temu po raz pierwszy pojechałem do USA, akurat Los Angeles. I co mnie zadziwiło: brak płotów, bo przecież każdy wie gdzie kończy się jego ogródek.

Na koniec doszliśmy do aspektu architektury jako elementu designu – sztuki, a nie tylko funkcji. Duże, estetyczne okna to okazja do wpuszczenia do domu światła, ale również spojrzeń sąsiadów oraz, o zgrozo, zadbania o ciekawe wnętrze naszego mieszkania i porządek w nim. No i na co to komu potrzebne, niech mi ktoś powie? Przecież u nas obowiązuje wciąż schemat: fura, skóra i komóra. Detale nie grają roli. Cóż z tego, że pan ma Maybacha, skoro but u niego brudny a zegarek radziecki?

To dobrze, że polscy sąsiedzi wierzą w nas i ufają, że się z czasem ucywilizujemy. Skandynawom mogę tylko rzec, że kwestia okien i ich stosowania to wypadkowa większej ilości czynników, co oznacza, że droga przed nimi wyboista. Warto jednak wierzyć w lepszą przyszłość. Ja te dwadzieścia lat temu wierzyłem. Dlatego nie zostałem w USA, choć przyjaciele namawiali. Nie mogę z ręką na sercu rzec, że na pewno było warto. Z drugiej strony mam świadomość, że wiele zmieniło się u nas na lepsze i nie ma najmniejszego powodu, by ten proces hamował. Trzeba nam pomóc, ale od tego właśnie mamy sąsiadów, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz