niedziela, 18 stycznia 2015

PRZEJAŻDŻKA - Caprice Classic



Dawno nie było żadnej pojeżdżawki, co nie znaczy, że w tym czasie niczym nie jeździłem. Ale wiecie jak to jest, święta, nowy rok… a teraz ferie. No więc skoro ferie to jest więcej czasu na refleksję i pisanie. A jak pisać to o czymś fajnym. Niech zatem będzie. Caprice Classic.Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten samochód, stał sobie cichutko na warsztatowym parkingu. Gdzieś w głębi, zasłonięty nowocześniejszymi wozami. Trochę jak „Stary Star” z piosenki Janusza Rewińskiego. Wierny druh, który jednak popadł w zapomnienie. Nie dla mnie. Przez kilka lat woziłem się modelem Monte Carlo i na widok tego auta, serce zaczęło bić żywiej. Miałem tylko jedno życzenie: żeby zapalił.

Widzicie, w takich starszych samochodach, a Caprice niedługo obejdzie czterdzieste urodziny, nic nie jest na pewno. A już na pewno nie to, że zapalą. Potem przychodzą inne tematy. Czy drzwi się zamkną a bagażnik otworzy? Czy działa ogrzewanie? Jakieś światła. Te wszystkie pytania wróciły kiedy zajmowałem miejsce za kierownicą. Ale za nim co, to jeszcze raz mu się przyjrzyjmy.


Chevrolet cały składa się z kantów i linii prostych. Dlatego człowiek odruchowo go lubi, zwłaszcza małe dzieci. Nie da się spokojnie przetoczyć ulicą, żeby małolaty nie urywały sobie głów. Pokazywaniu palcami i okrzykom: „mamo, patrz, jaaaaki samoooochód” nie ma końca. W końcu wyglądem przypomina resoraka. Podobnie jest zresztą z młodzieżą młodszą i starszą. Dorośli tego nie przyznają otwarcie, ale jeden pan w swoim Audi Q3 dyskretnie otwierał na światłach szybę, żeby posłuchać bulgotu spod maski.

No dobrze, wyprzedziłem sam siebie. Wracam zatem za kierownicę. Kluczyk trafia do stacyjki. Przypominam sobie, że w Monte dysponowałem tylko połową kluczyka, druga część tkwiła złamana w bębenku. Wdech, wydech. Prąd. Jest. Zapaliły się kontrolki. Wdech, wydech. Zakręcił. V8 to silnik, który kręci inaczej niż inne. To industrialny dźwięk, który sprawia, że włosy na rękach stają dęba. I ryknął.


I to jest to, czego nie da się ująć na papierze, ten dźwięk. Caprice budzi się do życia niczym smok. Tak jakby pod maską mieszkało coś, jakiś duch, ale taki warczący. Ten dźwięk składa się z szumu, syku, warkotu, gulgotu i ryku. Radio w tym aucie jest zupełnie niepotrzebne. Kiedy już nauczysz się wygrywać melodie za pomocą swojej prawej stopy i wydechu, nic innego nie jest do szczęścia potrzebne. No, może poza przejażdżką.

Pojęcie cruisingu wymyślono w Ameryce. Tym, którzy próbują „kruzować” Japończykiem czy nie daj Boże Niemcem, radzimy powrót do garażu, zamknięcie drzwi i poważne przemyślenie swojej życiowej postawy. Cruising to bowiem nie tylko gładka jazda z niską prędkością. To także odpowiednia pozycja za kierownicą oraz spojrzenie czterech reflektorów, które sprawia, ze pomniejsze auta drżą.


Capricem pojedziesz po zakupy, do babci, do centrum i w trasę. Tego wozu nic nie męczy. Może godzinami jechać w nieznane, stać w korku czy poniżać podrasowane wozy każdej innej marki. Tylko pamiętajcie, nie ruszamy spod świateł pełnym gazem. Dajemy się szaleńcowi oddalić a potem wciskamy gaz i zmiatamy go z powierzchni ziemi rykiem, obecnością i skutecznym zmniejszaniem dystansu.

Mimo prawie 40 lat na karku, ten klasyczny amerykański sedan sprawdza się w codziennych warunkach jak mało które auto. Jest szybki, zwrotny, pojemny i sprawia, że czas spędzony w samochodzie można zaliczyć do przyjemności. Niewiele jest samochodów, o których da się tak powiedzieć.


Auto ma doskonałą amortyzację, nie pływa po drodze, nie słychać trzeszczenia ramy, jej mocowań do nadwozia ani takich odgłosów dochodzących z wahaczy. Również praca skrzyni biegów nie budzi wątpliwości. Skrzynia nie „kopie” przy wrzucaniu biegów z neutralu na „D” czy „R”. Nie ma też szarpnięć przy zmianie biegów podczas jazdy. Wszystko odbywa się płynnie.

Co tu dużo gadać, ten Chevrolet skradł moje serce, rozum i nerki. Tak, nerki, bo w sumie, w zamian za jedną z nich mógłbym spokojnie sobie na niego pozwolić. Gorzej, auto wycenione jest na tylko nieco ponad 10 tysięcy złotych. Przy czym w tej kwocie dostajemy w pełni sprawne mechanicznie auto. Tak zwaną bazę. Ale taką, którą każdy może dopracować wedle własnej estetyki.


A pomysłów nie brakuje. Przede wszystkim można pójść w oryginał. Dajemy mu dwukolorowy lakier, odświeżamy wnętrze. Mamy klasyka z chromami, świetną prezencją i bajecznym napędem. Można też sięgnąć po wzorce z amerykańskich filmów. Na przykład policyjnych. W końcu Caprice to jeden z legendarnych radiowozów. Czyli odboje przed przednim zderzakiem i obowiązkowe czarno-białe malowanie. Osobiście, poszedłbym w szarość i czarną stalową felgę. A szarość nadałbym techniką, którą poleca znajomy ze Swisscolors - tutaj. Cienka warstwa gumowatej farby pokrywa auto ochronną warstwą. To robi wrażenie.

Zresztą, nieistotne jak ten Caprice skończy. Najważniejsze jest to, że jest w dobrym stanie mechanicznym, bo to świetny punkt wyjścia do zabawy z nim. Po prostu nie trzeba wydawać worka pieniędzy na remonty. Wystarczy skupić się na własnej artystycznej wizji.

Przez lata, Chevrolet prowadził ciekawą kampanię reklamową. Początkowo pod hasłem „See the USA in a Chevrolet” a potem pod równie chwytliwym ‘The Heartbeat of America”. Podobają mi się te konotacje. Nawet jeżeli słyszy się głosy fachowców oznajmiające, że amerykańskie auta nie skręcają i nie hamują, a tylko wypijają benzynę. Coś wam powiem znawcy, przestańcie gadać i weźcie się za poznawanie tego świata innych samochodów. To, że różnią się od Corolli czy BMW nie czyni ich gorszymi. Są inne i to jest w nich piękne.


Marcin Suszczewski

2 komentarze:

  1. Dobrze wiesz, Marcinie, że ja się na motoryzacji nie znam, ale za to znam się na pisaniu, a to jest fajnie napisane. I like it! :-))))

    OdpowiedzUsuń