wtorek, 10 marca 2015

PRZEJAŻDŻKA. Yesterday, today and tomorrow.

Dotąd wiele mówiło się o tym, jak przemieszczać się w przyszłość. Weźmy choćby taki ‘Powrót do przyszłości” gdzie DeLorean mknął z tramwajowym pantografem przy przenosić pasażerów w czasie. Ale ten sposób wydaje mi się jednak nieco zbyt skomplikowany. Na dodatek, poszukiwałem maszyny, która za jednym zamachem sprawiałaby, że można znaleźć się we wczoraj, dziś i jutrze.

Ratunek przyszedł w postaci samochodu marki Mercury. Tak, wiem, że marka już została pochowana podobnie jak Oldsmobile i np. Pontiac. Mało tego, mamy tu do czynienia z koncepcją samochodu, którą Ameryka pożegnała definitywnie w 2011 roku. Czyli tzw. full-size sedan.
Sedan, kombi i pick-up to do niedawna podstawowe formy transportu za wielką wodą. Ten pierwszy powstawał głównie na zamówienie służb publicznych, drugi służył rodzinnym wyjazdom a trzeci do wożenia narzędzi. Z czasem poszerzono zakres nadwozi o zgrabne coupe, maszyny sportowe lub SUVy. Zresztą SUVy zdominowały potem tamtejszy rynek. 
Skupmy się jednak na sedanach. Full-size to wozy, które w standardzie mieszczą wygodnie sześć osób. Żywych. W bagażniku można też zmieścić kilka kolejnych osób ale w stanie już jakby mniej żywotnym. O ile jednak wydawać by się mogło, że te samochody stanowią relikt przeszłości, to rzut oka pod maskę i podwozie, niejednego może zaskoczyć.
Największą ciekawostką nowoczesnych wozów tego typu, a do nich należy opisywany Mercury, jest rama. Wszystkie te auta budowano w ten sam sposób: nadwozie przykręcane do pełnowymiarowej ramy. W dawniejszych czasach rama wykonywana była niemal w technologii kolejowych szyn. Nowa generacja samochodu ma ramę wykonaną w technologii hydroformowania.
Równie nowoczesne są elementy zawieszenia. Nie znajdziemy tu już ramion wahaczy wykonanych ze stalowego kątownika, bo ich miejsce zajęły elementy aluminiowe. Czyli coś z czym kilku europejskich producentów dumnie się obnosi. Amerykanie zaś trąbią o wygodzie foteli i nie zmuszają nabywców do ekscytowania się rodzajem materiału z jakiego wykonano cokolwiek poza kabiną. 

Skoro już mowa o wygodzie, życzyłbym sobie aby wszystkie samochody tak sunęły przez polskie drogi. Można odnieść wrażenie, że siedzimy w poduszkowcu. Co prawda kierunek jazdy zmieniamy nadal kierownicą i to dość precyzyjnie. Natomiast sposób w jaki wielki sedan płynie ponad szosą, stawia pod ścianą nawet Citroena.
O komforcie w kabinie długo by pisać, ale tego też trzeba spróbować, żeby uwierzyć. Głębokie fotele z dwustopniowym podgrzewaniem, automatyczna klimatyzacja, świetny sprzęt audio, cóż więcej można oczekiwać od samochodu, którego pierwowzorem był Ford Crown Victoria – pierwszy radiowóz Ameryki.
Na koniec coś o silniku. Na koniec, bo silnik nie jest już w tym aucie elementem, który wyrywa się na pierwszy plan. V8 w Mercurym pracuje w tle. Jest aksamitnie cichy i odpowiednio mocny. Potrafi bez trudu zerwać przyczepność tylnych kół, ale również nadaje autu dynamiki niezbędnej w sprawnym poruszaniu się po mieście i na autostradzie.
Skoro zaś o tym mowa, dochodzimy do ekonomiki jazdy. Tutaj wielki szok czeka wszystkich tych, którzy spalanie amerykańskich wozów zwykli liczyć wiadrami. Prezentowany Mercury został od początku wyposażony w wysokiej klasy instalację gazową. W trasie zadowala się 9 litrami LPG w jeździe miejskiej wystarcza mu do 13 litrów tego paliwa, które przypomnijmy potrafi teraz kosztować znacząco poniżej 2 złotych za litr.
Kolejny szok to wiadomość, że pojazd z 2008 roku był do kupienia za 20 tys złotych. Takie są realia naszego rynku, że w zalewie szaroburych flotowozów, publika odzwyczaja się stopniowo od wszystkiego co inne. Na czym jednak tracą masy, na tym zyskują indywidualiści. Oni mogą takie auta kupować w śmiesznych cenach i cieszyć się komfortem i osiągami, a przede wszystkim stylem życia, o którym właściciele pomniejszych toczydełek mogą tylko pomarzyć.

Marcin Suszczewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz