środa, 30 września 2015

PRZEJAŻDŻKA - Not for the general public.


Był rok 1991. Detroit. Przyjechałem autobusem z Kanady aby na parę tygodni zagnieździć się w motelu i w tym czasie zbierać materiały dziennikarskie, które później miałem nadzieję sprzedać w Polsce. Na mojej liście były również koncerny samochodowe, w tym Chrysler.

Wtedy w Chryslerze wiele się działo. Mieli na przykład Vipera, istne szaleństwo. Mieli pick-upy Ram, których stylizacja naprawdę dawała do myślenia konkurencji - przypomnę, że wyglądały jak pomniejszone wersje ciężarówek, w komplecie z wystającymi błotnikami i uniesioną linią maski.
Mnie jednak najbardziej interesował prototypowy jeszcze wówczas sedan oznaczony „LH”. Jego najbardziej uderzającą cechą była architektura zwana „cab forward”. Polegała na przesunięciu dolnej krawędzi przedniej szyby jak najdalej ku przodowi, przez co powiększała się przestrzeń kabiny a linia samochodu nabierała drapieżności. Bardzo byłem ciekaw jak to się sprawdza w rzeczywistości, której wtedy nikt jeszcze nie ośmielał się nazywać „Realem”.
Udało mi się umówić wizytę w Chryslerze. Minąłem tam rzędy zaparkowanych renówek 21, które z niewielkimi modyfikacjami skrywały wnętrzności następnej generacji samochodów. Tymi autami niestety nie dało się pojeździć, ale pan z działu prasowego zaproponował mi jazdę przedprodukcyjnym LH, akurat w nadwoziu ze znaczkiem Eagle.
To był, jak wspomniałem, rok 1991. Od tamtej pory minęło wiele czasu, a ja nigdy już nie zetknąłem się ponownie z tymi autami. Co prawda widywałem je sporadycznie, potem nawet odbyłem dłuższą podróż modelem kolejnej generacji, który zresztą zrobił na mnie kiepskie wrażenie. Był zwalisty, ciężko utrzymywał się na drodze i zwyczajnie mi się nie podobał.

Całkiem jednak niedawno, nadarzyła się okazja pojeżdżenia takim samochodem, akurat z 1993 roku czyli okresu kiedy produkcja na dobre się rozkręciła. Co ciekawe, trafił mi się znowu Eagle Vision. To fajna, sentymentalna sprawa, bo wtedy Eagle, teraz Eagle a przecież w międzyczasie marka przeszła do historii, podobnie jak np. Pontiac.
Eagle’a pierwszy raz widziałem po nocy. Wóz był na dodatek w ciemnym, bakłażanowym kolorze. Widać było, że to spory samochód, ale nie dało się go w pełni ocenić. Za dnia zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie. Wygląd zewnętrzny, który w 1991 roku wydawał się awangardowy, z perspektywy czasu wydaje się wprost kosmiczny.
Nie ma co ściemniać, projekt LH był pojechany w kosmos i wydaje się, że stanowił też kolejną marketingową klapę w wykonaniu marki Chrysler. Jak na ironię, ówczesne hasło reklamowe dla tego modelu brzmiało: „Not intended for the general public.” Nie wiem czy chwytanie dwuznaczność: z jednej strony, że nie dla każdego, ale z drugiej, że raczej nie dla konserwy spod znaku GM.
Vision robi spore wrażenie nawet na kimś kto wie, że wsiada do dużego samochodu. O ile zajmowanie miejsca z przodu wiąże się po prostu z miłym poczuciem przestrzeni, to pasażerowie tylnej kanapy pławią się wręcz w niezmierzonym wymiarze komfortu. Tak tu jest dużo miejsca. Chociaż kanapa mogłaby być lepiej wyprofilowana.
Nawet dzisiaj świetne wrażenie robi deska rozdzielcza. Prosta do bólu i pozbawiona ozdobników, jest ona mega czytelna i funkcjonalna. Poza tym nie przytłacza kierowcy ani pasażera. Jest i zaznacza swoją obecność ale nie wpycha się na człowieka i nie stara się odgrywać w kabinie samochodu tzw. pierwszych skrzypiec.

No dobra, odpalamy. Silnik zaskakuje cicho i bez najmniejszych wibracji. Przy pierwszych uruchomieniach, odruchowo sprawdza się czy w ogóle pracuje.  Osobliwością jest przeniesienie informacji o wrzuconym biegu przez diodowe (nie LED) podświetlenie na zegarach zamiast na konsoli środkowej.
Vision rusza bezszmerowo i fajnie nabiera tempa. Auto toczy się na dość dużych oponach o szerokości 225 (już wtedy zamontowali w nim 16tki), ale czyni to majestatycznie. Novum jest branie zakrętów, jednak faktycznie siedzi się tutaj bliżej przedniej osi i reakcje auta na ruchy kierownicą mogą w pierwszej chwili sprawiać wrażenie nieznanych.
Łatwo się jednak do tego wszystkiego przyzwyczaić, praca napędu w tym aucie daje dużą satysfakcję. Silnik jest mocny, ma świetny moment obrotowy i dzięki temu oraz świetnej pracy skrzyni biegów, Vision sunie do przodu niczym nowoczesny samochód o napędzie elektrycznym.
Eagle prowadzi się praktycznie jednym palcem. Łatwo można zająć komfortową pozycję za kierownicą, W aucie jest cicho a poczucie pewności prowadzenia skutecznie wzmaga szeroki rozstaw kół w połączeniu z dużym rozstawem osi. Ten wóz jest płaski jak naleśnik i do tego szeroko posadowiony na kołach.
Eagle to jeden z najprościej wyposażonych sedanów typu LH. Ma oczywiście klimatyzację i świetne audio, ale nie znajdziemy tu skórzanych, elektrycznie sterowanych foteli. Oczywiście szyby są w prądzie, podobnie jak furtki. Patyków ani rusz.
Visionem, jak już się rozpędziłem, to najeździłem prawie dwa tysiące kilometrów. Trasy, czy to dzień czy noc, stanowią prawdziwą przyjemność. Radio soczyście pobrzmiewa, widoczność jest znakomita a ekonomia jazdy, nawet przy ciągłym użyciu tempomatu, wychodzi całkiem korzystnie. Vision pędzony autostradowo po 130-140km/h spala średnio poniżej 10 litrów na setkę. Zważywszy, że to już youngtimer i to z USA, wychodzi naprawdę nieźle.

Cieszy mnie sam widok tego auta. Pasjonuję się samochodowym designem i wiele satysfakcji sprawia mi widok auta, które z upływem lat wręcz zyskuje na wyglądzie. Biorąc pod uwagę fakt, że to wóz z początków lat 90. Warto spojrzeć i porównać sobie jak wyglądają ówczesne konstrukcje konkurencji. Co by to mogło być? Mercedes Okular, Citroen C5, Volvo 850…
To już druga taka sytuacja w tym roku, że wsiadam do samochodu, który znam i pamiętam sprzed lat. Pierwszym takim przypadkiem był Chevrolet Monte Carlo. Muszę przyznać, że amerykańskie auta dzielnie znoszą próbę czasu. Nie starzeją się jak wiele innych samochodów, nie wpadają w niebyt stylistyki i nie można im wytykać braku mocy czy kultury pracy napędu. Może czasem zawieszenia.
Dobrze, że mamy okazję do takich porównań. One poszerzają samochodową perspektywę i przypominają, że prace nad samochodowymi konstrukcjami trwają po obu stronach Atlantyku. I nie zawsze jest tak, że Europa jest w nich niekwestionowanym liderem.

Eagle w ogłoszeniu - tutaj.


Marcin Suszczewski

2 komentarze:

  1. Citroen C5 raczej nie, bo to jest auto z 2001r. Jeśli już to Xantia, ale to raczej nie ta klasa. Raczej trzeba by porównywać z XM.

    OdpowiedzUsuń
  2. będzie okazja porównać... już niedługo przejażdżka XM ;)

    OdpowiedzUsuń