sobota, 24 października 2015

Koziołek Matołek – część pierwsza

Kolega miał do sprzedania Mercedesa W124. Biały, kombi, z dobrze znanym i lubianym silnikiem benzynowym o pojemności 2300. Czyli taka totalna klasyka. Mercedes stał i stał. Nikt nie dzwonił. Wreszcie przyjechali ludzie. Ojciec i syn.

Obejrzeli auto, popukali w blachy, pokopali (ale nie za mocno) w opony i mówią: panie, co myśmy się zjeździli, żeby tu do pana dojechać. Kolega sprzedawał auto w Warszawie i zainteresowani też byli z Warszawy. Myślę sobie, w dzisiejszych czasach ludziom się nawet do innej dzielnicy ruszyć nie chce, ale byłem w błędzie.
Ojciec syna, docelowego właściciela Mercedesa, wyjaśnił mi, że w poszukiwaniu Mercedesa przejechali przez ostatnie trzy miesiące około 10 tysięcy kilometrów. Dziesięciu tysięcy, wyobrażacie sobie? Ja miałem trudność z wizualizacją więc spytałem w jakim celu? Ojciec na to, że cóż, po opisach to niemal wszystkie auta, które pojechali zobaczyć, wydawały się bardzo kuszące. Niestety na miejscu okazywało się inaczej.
Historia ich poszukiwań zakończyła się na białym Mercedesie kolegi. Nie mieli mu nic do zarzucenia, nawet klimatyzacja była w tym aucie sprawna. Kosztował około 10 tysięcy złotych i jak na dobrze utrzymane kombi W124 był naprawdę łakomym kąskiem. Taka cena, a było to przed rokiem, dzisiaj należy już do historii, ale ja tutaj nie o tym.
Uznałem, że przypadek tych dwóch był ekstremalny i zasymulowałem sobie własne poszukiwania. Powiedzmy, że mieszkam w Warszawie (stąd jest w miarę tak samo daleko wszędzie) i chcę sprawdzić trzy auta, które ostatecznie wyselekcjonowałem. Jedno jest na miejscu, jedno pod niemiecką granicą a jedno, no niech będzie, że w Krakowie. Niby niedaleko, ale też nie po drodze.
Do warszawskiego auta jadę na początek, wracam zniesmaczony. Kolej na lubuskie. Jak wiadomo, wiele tam aut więc jest w czym przebierać. Niestety stuknie mi tysiąc kilometrów. Jadę i tam, przy okazji oglądam coś w Polkowicach i w okolicy Wrocławia. Najeżdżam 1500 kilometrów. Bez skutku. To może Kraków. Drę tam pociągiem, wydaję 150 złotych na bilet TLK w obie strony, marnuję dzień, wracam zły.
Obliczam koszt poszukiwań. Włosy stają dęba. Wydałem jakieś 1500 i nie wspominajmy, że coś po drodze jadłem bo za chwilę urośnie to do 2 tysięcy. Gorzej, że zmarnowałem trzy dni i nic nie osiągnąłem. Przez telefon to wszystko były igły, które na miejscu okazywały się stertą gruzu.
Takie koszty ponoszą wszyscy, którzy poszukują samochodów. Wydają pieniądze, marnują czas. Czasami to szukanie przynosi zamierzony efekt, a czasami nie. Co robić żeby zminimalizować straty? Odpowiedzi na to pytanie udzielę w następnych odcinkach „Koziołka Matołka”. Tym co go pamiętają, tłumaczyć sensu nie trzeba. Pozostałym zacytuję fragment wstępu: „a Koziołek, mądra głowa, błąka się po całym świecie aby dojść do Pacanowa”.

Marcin Suszczewski

partnerem tej porady jest sieć Dekra


2 komentarze:

  1. czyli w124 podrożały? w ogóle w polsce zakup sensownego auta używanego to wyzwanie, albo kupić da się auta którym ogólnie pogardzają klienci , takie można dostać w w normalnej cenie i nie złe (mam tu na myśłi skody starsze, fiata uno lub hyndaya pony accent itp) lub się nie da własciwie wcale a okazje są w ramach błędu statystycznego ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby ktoś miał wątpliwości: na prawdę warto powierzyć szukanie używanego auta osobie znającej się na imporcie danej marki. Bardzo często zdarza się, że do takiego fachowca wracają auta sprowadzone do niego do Polski i to są najlepsze kąski.

    Z tym że takie auto musi kosztować. Jakieś 1,5x tyle co zadbane auta forumowiczów z różnych klubów.

    OdpowiedzUsuń