niedziela, 24 stycznia 2016

Przejażdżka. Bracia Blues mieli rację.


Przywykliśmy już powoli do sytuacji gdzie światowe marki wciskają nam nadmiar kitu i opowieści w stylu, że ich aktualny model to bezpośredni spadkobierca wiekowych tradycji. Taki rzekomo był Mercedes Maybach, takie mają być Citroeny serii DS czy Skody Superb niedawno anonsowany, pożal się boże, Fiat Tipo. Te dzisiejsze auta nie mają nic wspólnego z tym co było kiedyś a ludzie z działów marketingu święcie wierzą, że stara nazwa modelu doda nowemu autu trochę… no właśnie, czego?

Wydawać się może, że podobnym torem poszli w Chevrolecie kiedy wprowadzali tę generację Impali. A jednak nie. Od razu powiedziano, że nowy model z ikoną lat 60. łączy tylko stylizowana antylopa. I wiecie co, całe szczęście. Oczywiście, że oryginalna Impala bardzo mi się podoba, zwłaszcza te jej sześć okrągłych lampek na tylnej ścianie, które potrafią zawstydzić nawet Ferrari. O ile jednak można mieć sentyment do samochodu z tamtych lat, to niekoniecznie chciałoby się do niego dzisiaj na co dzień wsiadać.

W Chevrolecie wskazują też na inną prawidłowość: dzisiaj nikt już nie pamięta czym była tamta Impala. To tylko historycy motoryzacji i ludzie blisko związani z marką uważają, że wystarczy rzec “impala” a wszystko staje się jasne. W rzeczywistości zatem, to zachowywanie nazwy bardziej ma służyć samopoczuciu producenta niż publice. Oczywiście ta reguła odnosi się do nazw wskrzeszanych z przeszłości. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważy się zmienić nazwy Golfowi. Chociaż nie, Toyota bez sentymentu wywaliła na śmietnik historii Corollę.

Czym jest zatem ta nowa Impala. No, nie taka w końcu nowa, bo mamy przed sobą auto z rocznika 2000. Jest zatem tylko relatywnie młoda. Nie nowa. Przede wszystkim to kawał samochodu. To jest tej wielkości sedan, do jakiej Ameryka nas przyzwyczaiła. Długie nadwozie, pozbawione stylistycznych komplikacji. Widać gdzie jest przód a gdzie tył a zaokrąglone okienko w tylnym słupku ma zgrabnie nawiązać do Impali zbudowanej wcześniej jako specjalna wersja Caprice Classic.

Prawdziwe zdumienie czeka nas po otwarciu drzwi. Dopiero teraz widać, jakie to auto jest wysokie a przy tym przestronne. Impalę zaprojektowano do wstawienia trzyosobowej kanapy z przodu. Przy wersji z dwoma fotelami, miejsca jest tu naprawdę zaskakująco wiele. Można się w niej rozsiąść. To samo mogą powiedzieć pasażerowie tylnej kanapy. Nikt w tym samochodzie nie poczuje się pokrzywdzony jeśli chodzi o komfort. Jeśli chodzi o przestrzeń, niech drży “Okular” Mercedes W210. A to już o czymś świadczy.

Jak na amerykański wóz przystało, Impala nie przoduje w subtelnych detalach stylizacji. Przełączniki i udogodnienia zaprojektowano według starej zasady, która gwarantuje ich obsługę w zimowych rękawicach. Nie znajdziemy tu japońskich (ani ostatnio fordowskich) mikro-guziczków. Wszystko jest jasne i czytelne. Gdyby szukać auta to kradzieży i natychmiastowego odjazdu, Impala powinna być na czele listy życzeń. Również jeśli chodzi o osiągi.

W wersji LS (bogatszej) pod maską umieszczono sześciocylindrowy silnik w układzie V6 o pojemności 3800cm3 i mocy 200 koni. Nie tyle go tam zresztą umieszczono co ułożono, bo w imię minimalizowania drgań, Chevrolet zbudował specjalne aluminiowe łoże, w którym osadzono zespół napędowy. Na tym zresztą nie kończy się użycie egzotycznych materiałów w tym skądinąd mało egzotycznym aucie. Przegrodę czołową bowiem wykonano ze stopu magnezu co nadało jej sztywności i obniżyło masą ale również umożliwiło obniżenie wstrząsów przenoszonych na układ kierowniczy.

Już zresztą słyszę te głosy krytyków. Po co to tak się starać skoro amerykańskie samochody w ogóle się nie prowadzą. Oj, powiem wam. Musicie się tym autem przejechać, bo wasza wiedza jest niepełna jeśli jesteście skłonni podpisać się pod powyższym twierdzeniem. Ale dodam, że sam tak myślałem zanim się nie przejechałem. Cóż, temu właśnie służy przejażdżka żeby sprawdzić czy to co nam się podoba, jest również przyjemne w prowadzeniu. I odwrotnie, niech obnaża niedostatki samochodów marzeń abyśmy później nie musieli się z nimi męczyć.

Jazda Impalą przeczy obrazowi jaki to auto buduje w naszych głowach. W mojej powstał bowiem obraz kolejnego amcara, który może i przyspiesza ale potem ledwo trzyma się zakrętów zaś minimalna nierówność drogi sprawia, że całość niezdrowo podskakuje wywołując u kierującego najpierw niepokój a potem burząc jakiekolwiek zaufanie do układu jezdnego i tego co można zrobić z trzymaną kurczowo w rękach kierownicą. Jest bowiem dokładnie odwrotnie.

Impalą jeździłem piątek tydzień temu. Moim celem było dotoczenie się w jednym kawałku na dystansie kilometra. Tymczasem, jazda sprawiła mi taką frajdę, że zabrałem Chevroleta dalej. Po pierwsze, Impala świetnie wybiera nierówności. Bez wątpienia ma to związek z założonym nowymi amortyzatorami, ale wiemy, że przy słabym podwoziu, nawet mega amor nie pomoże. Cudów bowiem nie ma. Skoro jechało się pewnie i miękko, dołożyłem trochę gazu. Tak, na tym śniegu. I co? I dalej było przyjemnie. Duże auto płynnie się rozpędza, skrzynia pracuje bezszmerowo i bez najmniejszych wahań tak niestety typowych dla urządzeń dwusprzęgłowych.

Jechałem dalej. Znalazłem zakręty, Impala odwdzięczyła się szusowaniem po nich z gracją. Nacisnąłem na hamulec - skutecznie, bez nurkowania przodem wytracała prędkość. No nie, pomyślałem, nie może to być. W końcu siedzę w amcarze sprzed ponad 15 lat. Musi klęknąć. Przy 120km/h odpuściłem, żeby nie wariować. Przyznam jednak, że było cicho, ciepło i po prostu przyjemnie. Silnik mruczał a nie burczał, kabina jest świetnie wyciszona i nie pogarsza tego nawet fabryczne szyberdach. Kierownica (jest brzydka, po prostu okropna) świetnie leży w rękach i sprawia, że cały czas wie się co zamierzają i dokąd zmierzają przednie koła.

Co ciekawe, jakiś czas wcześniej, miałem okazję pojeździć Mercedesem W211, takim trochę konkurentem Impali, tylko ze znacznie mniejszą kabiną. Wierzcie lub nie, mimo swojej toporności w wyglądzie (Merc jest na pewno ładniejszym samochodem) ten Chevrolet potrafi człowieka przeciągnąć na swoją stronę. Na pewno Chevy prowadzi się pewniej i bardziej komfortowo. Mimo przedniego napędu, Impala nie daje również odczuć swojej mocy poprzez wyrywanie kierownicy z rąk. Czyżby zatem Ameryka miała pobić Europę?

Nie do końca. Powiedzmy sobie od razu, że Impala jest autem przaśnym. Brakuje tu subtelności detalu nadwozia czy elegancji wnętrza. Z drugiej strony, nie da się jej łatwo wsadzić palca w oko za konkretne uchybienia. Nawet te tylne lampy a la Nissan GT-R robią robotę, na pewno bardziej w tym bordowym samochodzie gdzie tylna blenda zlewa się z karoserią. Z drugiej strony, Impala jest komfortowym wielkim sedanem o bardziej niż przyzwoitych osiągach. W jej konstrukcji użyto ciekawych materiałów i rozwiązań ale nie to przesądza o jej sukcesie.



Postudiowałem trochę temat i już wiem skąd wysoki poziom dopracowania tego modelu. Impalę cywilną projektowano równolegle z nowoczesną Impalą policyjną. Mało się o tym pisze w kontekście europejskich samochodów ale amerykańskie radiowozy zawsze stanowiły punkt honoru dla tamtejszych producentów. Jak to mówili Bracia Blues: te wersje miały gliniarskie silniki, gliniarskie zawieszenia, hamulce i takież opony. Chevrolet przyznaje, że zawieszenie Impali projektowano z myślą o przejeżdżaniu krawężników. Bądźcie łaskawi wychwycić różnicę. Przejeżdżanie a nie podjeżdżanie.

Takie podejście tłumaczy też obszerność kabiny, wygodę foteli czy po prostu trwałość tego auta i jego podzespołów obliczaną fabrycznie na 700 000 kilometrów. Tak przy okazji, nie powinno się czasem takich danych podawać do publicznej wiadomości? Może i powinno ale wtedy blado wypadłoby porównanie z oficjalnym żywotnością nowego silnika ecoboost Forda obliczaną na 120 000 kilometrów. Tę informację wyciągnąłem od przedstawiciela marki na oficjalnej prezentacji nowego Mondeo.

Więc cóż, nie każdy zapragnie być jak The Blues Brothers i ma do tego prawo. Mamy prawo żądać więcej od samochodu. Polecam wam jednak przejażdżkę i zapisanie wrażeń na temat Impali. Może się bowiem zdarzyć, że nie będziecie chcieli wydać dwa razy więcej tylko po to by móc spoglądać na gwiazdę na masce.

Marcin Suszczewski

Impala w ogłoszeniu - tutaj.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz