niedziela, 31 stycznia 2016

PRZEJAŻDŻKA. Sport i elegancja.


Od zawsze twierdzę, że samochody z nadwoziem coupe to najbardziej elegancka reprezentacja motoryzacji. One nie tylko świetnie wyglądają ale mogą sobie też pozwolić na luksus bycia niepraktycznymi.


No tak, szafy się tym (ani pralki) nie przewiezie. Coupe to również nie jest wymarzony transport dla babci a już na pewno nie nadaje się do wożenia dzieci, wózków i zakupów. Można zapytać: do czego zatem posłużyć może coupe? Do czerpania radości z jazdy. I tyle.

W poszukiwaniu coupe trudno było w swoim czasie trafić lepiej niż do BMW. Oferowany w tym samym okresie co ten srebrny e36 Mercedes C klasa nie miał w ogóle w ofercie takiego nadwozia. Trzeba było niemal dwudziestu lat aby rywal ze Stuttgartu nadrobił ten brak.

Spójrzmy na to auto. Obiektywnie. Za BMW, zwłaszcza e36, ciągnie się bowiem odium driftu na rondach, mocnego basu i dresu z minimum trzema paskami. Ja jednak patrzę na to auto jak na klasyka. Bo za takiego w pewnym stopniu może już e36 uważać.

A skoro tak, to sprawdźmy co tutaj mamy. Przede wszystkim długą maskę, która skrywa wzdłużnie umieszczony, sześciocylindrowy silnik. Wzdłużnie, bo przecież napęd kierowany jest tutaj na koła tylne. Tak by przednie koła mogły zająć się wyłącznie kierowaniem pojazdem.

W tym przypadku, sześć cylindrów generuje 170 koni mocy. Sprzężony z automatyczną skrzynią biegów, silnik dyskretnie pomrukuje pod maską. Jego praca jest niemal pozbawiona wibracji. To podkreśla elegancki charakter auta.

BMW szybko wciąga w całą frajdę z jazdy. Za kierownicą siedzi się nisko, kierownica świetnie leży w dłoniach a obsługa urządzeń pokładowych jest niemal intuicyjna. Dłuższą chwilę zajmuje tylko opanowanie sterowania wentylacją, ale to też chyba typowe dla marki.

E36 jest dobrze wyważone. Nawet na śliskim, tył samochodu nie wpada w nadmierne wahania. Raczej konsekwentnie skupia się na skierowaniu mocy na koła a potem asfalt. Nisko ustawiony fotel sprzyja wyczuciu samochodu. Już po kilku kilometrach jedzie się nim jak własnym. Sportowe fotele kierowcy i pasażera, minimalistyczne wnętrze, dynamiczna sylwetka i wysoka kultura pracy napędu - czy my wciąż mówimy o dwudziestoletnim BMW?

Dzisiaj taki samochód kosztuje niewiele ponad 10 tysięcy złotych a egzemplarze ze słabszym silnikiem kupić można już za połowę tej ceny. W przypadku coupe uważam jednak, że warto pójść na całość i rozważając zakup e36 pozwolić sobie na auto z możliwie mocnym silnikiem o sześciu cylindrach. Jak już ma być coupe to może niech nie ustępuje osiągami przed pierwszym lepszym Focusem.

Zastanawiam się teraz dlaczego wszyscy takimi autami nie jeździmy. I wiecie co, pewnie chodzi o to, że nam po prostu głupio pokazać się za kierownicą coupe. Nie, właśnie nie BMW a coupe. Tych samochodów jest tak niewiele, że nikt nie będzie oczekiwał od nas, że pojawimy się w dresie i bejsbolem. Ale rodzina pewnie potępi nas za samolubny wybór samochodu, który nie nadaje się praktycznie do niczego poza szarmanckim zamienianiem litrów benzyny w megawaty zadowolenia.

Zachęcam wszystkich do spróbowania jazdy coupe. Nie, nie o same osiągi mi chodzi. Chociaż fajnie byłoby mieć świadomość rezerwy mocy pod pedałem gazu. Namawiam jednak do samolubnego zakupu bo szybko przekonacie się, że takim samochodem można wiele przewieźć, nawet wózek. A widząc wasz uśmiech, nawet babcia wysiądzie z Beemki zadowolona i przekonana, że jechała najszybszym autem w życiu.


Coupe to styl życia a takie jak to, BMW 325i ze 170 konnym silnikiem, to jeden z lepszych przykładów na to, jakie to coupe być powinno. Cóż, na pewno ma już swoje lata, ale w moich oczach, ten czasowy odstęp pozwolił na pozbycie się kulturowych obciążeń. Kurczę, nawet ja mógłbym z godnością siedzieć za kierownicą takiego srebrnego auta. A wy?

Marcin Suszczewski

BMW w ogłoszeniu - tutaj.

1 komentarz: